<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title></title>
	<atom:link href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress</link>
	<description></description>
	<lastBuildDate>Thu, 12 Aug 2010 20:30:25 +0000</lastBuildDate>
	
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Komorowski &amp; co. robią sobie jaja</title>
		<link>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=2010</link>
		<comments>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=2010#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 12 Aug 2010 19:40:21 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Pawel Paliwoda</dc:creator>
				<category><![CDATA[Tuskoidyzm]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=2010</guid>
		<description><![CDATA[
Ikonografia za Forum Frondy
To, co uczyniły tuskoidy, to robienie sobie jaj z nas, z ofiar  katastrofy i ich rodzin. Najpierw Komorowski sugeruje, że trzeba krzyż usunąć, a w  jego miejscu umieścić znak godnie upamiętniający ofiary katastrofy,  potem on i Tusk chowają głowy w brudny piach milczenia, aż wreszcie  chyłkiem instalują nędzny [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignnone" title="Za Forum Frondy" src="http://3.bp.blogspot.com/_jLdEId-uwUE/TGQHT4IFRbI/AAAAAAAABfM/KafkYpPQW-Q/s1600/TABLICA.jpg" alt="" width="787" height="640" /></p>
<p>Ikonografia za Forum Frondy</p>
<p>To, co uczyniły tuskoidy, to robienie sobie jaj z nas, z ofiar  katastrofy i ich rodzin. Najpierw Komorowski sugeruje, że trzeba krzyż usunąć, a w  jego miejscu umieścić znak godnie upamiętniający ofiary katastrofy,  potem on i Tusk chowają głowy w brudny piach milczenia, aż wreszcie  chyłkiem instalują nędzny surrogat prawdziwego znaku pamięci po ofiarach  smoleńskich. Po raz kolejny wylazło z PO-wców tchórzostwo i małość.</p>
<p>Na Krakowskim Przedmieściu, w pobliżu ogrodzenia Pałacu Prezydenckiego,  musi stanąć sporej wielkości obelisk upamiętniający tamten dramat.  Niezły pomysł co do jego rozmiarów, formy, lokalizacji oraz inskrypcji  zgłosił na łamach &#8220;Rzepy&#8221; parę dni temu Czesław Bielecki (&#8220;Pęknięcie&#8221;,  rp.pl -&gt; Opinie -&gt; Pubicystyka; http://www.rp.pl/artykul/9157,520265_Czeslaw_Bielecki__Pekniecie.html).</p>
<p>Do obelisku dostęp muszą mieć zwykli ludzie &#8211; tak, aby mogli przy nim  złożyć kwiaty czy zapalić znicz &#8211; a nie tylko goście Komorowskiego.  Powinien stać tuż przy ogrodzeniu, nico przesunięty w kierunku hotelu  &#8220;Bristol&#8221; (fakt &#8211; nie jest urbanistycznie koncepcją trafną, aby obelisk  stał w jednej linii z pomnikiem ks. Józefa Poniatowskiego).</p>
<p>I jeszcze uwaga, którą mi cenzura z &#8220;Rzeczpospolitej&#8221; usunęła spod komentarza Lisickiego:<br />
Apeluję, abyśmy w najbliższych wyborach parlamentarnych zagłosowali  na PO. To nie prowokacja. To kalkulacja. Niech jeszcze porządzą kawałek  drugiej z rzędu kadencji, niech zdążą wyjść na jaw &#8211; i zadziałają w praktyce  codziennego życia przeciętnych obywateli &#8211; karygodne (dosłownie)  zaniechania, błędy i świństwa obecnej ekipy. A wtedy nawet część  wykształciuchów, które dziś jeszcze przyłażą na Krakowskie z napisami  &#8220;Dupa&#8221; na transparentach, straci cierpliwość do swoich oblubieńców. I  będzie wielkie bum!<br />
Jak mówi Robert De Niro w filmie &#8220;Taksówkarz&#8221;, &#8220;pewnego dnia  nadejdzie wielki deszcz, który zmyje z ulic cały ten brud&#8221;. Ulewa, która  nadciąga nad Polskę, zmyje brud nie tylko z ulic.</p>



Subskrybuj:


	<a rel="nofollow" target="_blank" href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2" title="RSS"><img src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/plugins/sociable/images/rss.png" title="RSS" alt="RSS" class="sociable-hovers" /></a>


<br/><br/>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2&amp;p=2010</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Tworzenie strony wstrzymane od marca 2010 r.</title>
		<link>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1995</link>
		<comments>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1995#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 29 Apr 2010 20:25:57 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Pawel Paliwoda</dc:creator>
				<category><![CDATA[Informacje]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1995</guid>
		<description><![CDATA[


Subskrybuj:


	


]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[


Subskrybuj:


	


]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2&amp;p=1995</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Brudny Harry potrzebny od zaraz</title>
		<link>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1952</link>
		<comments>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1952#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 23 Mar 2010 18:38:10 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Pawel Paliwoda</dc:creator>
				<category><![CDATA[wbrew sądowym idiotyzmom]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1952</guid>
		<description><![CDATA[Brudny Harry i Paul  Kersey ucieleśniają niechęć Amerykanów do prawa i wymiaru sprawiedliwości  pieszczących się z bandytami.  
Dura lex, sed lex. Ale co począć, jeżeli prawo  przekształca się w absurd, a surowość w arbitralne rozdawanie kuksańców?  Łagodność wobec groźnych przestępców i surowość wobec osób popełniających  drobniejsze przewiny to prawnicza [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="attachment_1951" class="wp-caption alignleft" style="width: 292px"><a href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/uploads/2010/03/dirtyharry444444.png"><img class="size-medium wp-image-1951 " src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/uploads/2010/03/dirtyharry444444-214x300.png" alt="" width="282" height="337" /></a><p class="wp-caption-text">Brudny Harry oraz Smith &amp; Wesson 44 Magnum</p></div>
<p><span style="font-size: small;"><strong>Brudny Harry i Paul  Kersey ucieleśniają niechęć Amerykanów do prawa i wymiaru sprawiedliwości  pieszczących się z bandytami. </strong> </span></p>
<p style="text-align: justify;">Dura lex, sed lex. Ale co począć, jeżeli prawo  przekształca się w absurd, a surowość w arbitralne rozdawanie kuksańców?  Łagodność wobec groźnych przestępców i surowość wobec osób popełniających  drobniejsze przewiny to prawnicza moda zalewająca zachodni świat. Z wideł igły,  a z igły widły. Sędziowie muszą się czymś popisać – sala rozpraw to nie pole dla  zdrowego rozsądku i zaspokajania żądz mściwego tłumu. Nie będę tu przywoływał –  poza jednym &#8211; przykładów spośród tysięcy nonsensownych wyroków wydawanych przez  sądy w Polsce, Skandynawii czy USA. Dość powiedzieć, że w Stanach Zjednoczonych  średnia długość odsiedzianej w więzieniu kary za morderstwo to 6,5 roku. Obecnie  średni czas przebywania w więzieniach krajów UE przez ciężkich zbrodniarzy  skazanych na dożywocie to 7 lat. Takie efekty dają zniesienie kary śmierci i  pogęgiwania, że „najważniejsza jest nie wysokość, a nieuchronności kary”. Im  świat prawa i prawników staje się bardziej odległy od świata przeciętnego  obywatela, tym bardziej marzy się nam skuteczny obrońca naszych rodzin i praw.  Ktoś taki, kogo tamten świat nie znosi i wartościuje negatywnie za wchodzenie w  jego kompetencje. Ktoś podobny do Złego z powieści Leopolda Tyrmanda.</p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><span id="more-1952"></span></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>System prawa jako absurd</strong></p>
<p style="text-align: justify;">12 czerwca 1994 roku kalifornijska policja  odnalazła ciała Nicole Brown Simpson oraz jej przyjaciela Ronalda Goldmana.  Obydwa były zmasakrowane. Nicole to eks-żona sławnego czarnoskórego futbolisty i  aktora O.J. Simpsona, na którego jako sprawcę wskazywały liczne i poważne dowody  zgromadzone przez policję (liczne ślady krwi ofiar w jego domu, ucieczka przed  policją itp.). Jednak podczas procesu karnego sztuczki prawników Simpsona  doprowadziły do jego uniewinnienia. Mecenas Robert Shapiro (z gażą 50 tys.  dolarów dziennie) i jego asystenci przekształcili sprawę w kwestię rasową  (Nicole i Goldman byli biali), niezwykle inteligentnie mnożyli też zastrzeżenia  natury formalnej (domniemane niedopełnienia proceduralne policji). Oficer  Fuhrman, który znalazł zakrwawioną rękawiczkę, użyć miał podczas wizji lokalnej  określenia „czarnuch”. Werdykt sądu brzmiał: „Simpson nie zabił N.B. Simpson i  R. Goldmana”. Uniewinniony. Ameryka była w szoku.</p>
<p style="text-align: justify;">Na tym sprawa się nie zakończyła. Rodzina  Goldmanów wytoczyła Simpsonowi proces cywilny. Tym razem werdykt brzmiał:  „Simpson zabił N.B. Simpson i R. Goldmana”. Według każdej encyklopedii logiki  absurdem określa się równoczesne przyjęcie bądź odrzucenie (uznanie obydwu zdań  za prawdziwe lub obydwu za fałszywe) pary sądów sprzecznych (~ [p i ~ p]).  Amerykański wymiar sprawiedliwości dopuścił się jawnego absurdu, w dwóch  rozprawach przyjmując w formie werdyktów jako prawdziwe dwa zdania sprzeczne.  Czy może być coś bardziej absurdalnego od absurdu logicznie wzorcowego? A sprawa  Simpsona to nie casus tuzinkowy. To symbol działania całej prawniczej machiny  państwa.</p>
<p style="text-align: justify;">Sąd zasądził na rzecz powodów 33,5 mln dolarów,  których Simpson – dzięki sztuczkom prawnym jego prawników &#8211; nie spłacił do dziś.  Mało tego. W 2007 roku opublikował książkę &#8221;Jeśli to zrobiłem: Wyznanie  mordercy&#8221;, w której opisał szczegóły morderstwa, które znać mógł tylko sprawca.  W USA nie można sądzić dwa razy za to samo przestępstwo. I dlatego morderca może  tam poczynać sobie tak rekordowo bezczelnie jak O.J. Simpson.</p>
<p style="text-align: justify;">Co Państwo zrobiliby na miejscu Goldmanów czy  rodziny Nicole Simpson? Czy nie to samo, co w filmach z serii „Życzenie śmierci”  czyni grany przez Charlesa Bronsona Paul Karsey?</p>
<p><strong>Marzenie zbiorowej  podświadomości</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Czy to marzenie ucieleśnia Gary Cooper ze słynnego  „W samo południe”? Niezupełnie. Już nie dziś. Tamtejszy szeryf broni i  sprawiedliwości, i prawa. Na Dzikim Zachodzie to on jako człowiek prawy w  praktyce prawo stanowi, więc to nie ono i nie prawne kruczki, ale liczni bandyci  są jego problemem.</p>
<p>W innej sytuacji jest detektyw Harry Callahan z Los  Angeles. Policji w USA trudno zarzucić brak ludzi, kompetencji czy sprzętu. Ta  służba jest świetnie wyposażona. W niektórych sprawach wspierana lub zastępowana  jest przez Federalne Biuro Śledcze lub Secret Service (m.in. fałszerstwa  pieniędzy). W razie potrzeby Callahan i jego pozaekranowi koledzy mogą liczyć na  interwencję uzbrojonych po zęby oddziałów specjalnych. Dlaczego więc niemal w  każdym odcinku o sobie</p>
<p style="text-align: justify;">Callahan traci odznakę i musi zdać swojego Smith  &amp; Wesson 44 Magnum? Bo krępuje go prawo, które w otwierającym serię filmów o  nim „Brudnym Harrym” &#8211; z 1971 roku – jest już tak dbałe o prawa przestępców, iż  życie psychopatów chroni bardziej niż ich ofiar. A Brudny Harry nie lubi  psychopatów. Tak jak większość ludzi dziś jeszcze normalnych i  niezindoktrynowanych przez liberalną lewicę.</p>
<p style="text-align: justify;">Już wtedy w Hollywood rozpoznano tę  narastającą wśród Amerykanów frustrację prawem, które krępuje policję i  prokuraturę, oraz szerzącą się w kręgach sądowniczych i ustawodawczych  postkontrkulturową modę, aby z bandytów czynić ofiary kapitalistycznego ustroju  i mieszczańskiej moralności. Bandyci byli jedną z pierwszych grup, którą  kuratelą objęły intelektualne i opiniotwórcze kręgi w Ameryce (w Europie  znalazło to wyraz znacznie wcześniej, np. w „Operze za trzy grosze” czy w  fascynacji twórczością i osobą Jean Geneta). Meki Majcher Brechta to sojusznik w  rozpuszczaniu konserwatywnej i tradycjonalistycznej kultury burżuazyjnej. To  przyjaciel artystów i dusz kolorowych. Pospolite morderstwo – gdyby mu się  przyjrzeć pod lupą Normana Mailera czy Sartre&#8217;a – okazuje się zjawiskiem  niezwykle złożonym. Tak złożonym, że nie jakiś prostacki policjant, ale  wyłącznie oni sami są upoważnieni, by ocenić jego charakter. I jest jeszcze  prawo, które trzeba szybko, jak najszybciej zmieniać w kierunku depenalizacji. I  wyrwać wreszcie broń z rąk współczesnych policmajstrów, którzy nie zauważyli  tworzenia się społeczeństwa otwartego i wciąż mają się za groteskowych  szeryfów.</p>
<p>Kariera, jaką zrobił serial o Brudnym Harrym, powtórzyła seria  „Życzenie śmierci” (część I z 1974 roku). Tutaj główny bohater, któremu bandyci  zamordowali żonę i zgwałcili córkę (która kończy w szpitalu psychiatrycznym),  zabiera się do wymierzania sprawiedliwości jak na inżyniera przystało. Spokojnie  i metodycznie. I bezlitośnie. W kolejnych odcinkach jego akcja przybiera  rozmiary krucjaty. W różnych punktach Ameryki likwiduje bandytów stanowiących  zmorę obywateli, a z którymi nie umie poradzić sobie policja. Gwałcicieli i  morderców, których zwalnia się z aresztów pod byle adwokackim pretekstem,  zagospodarowuje Kersey. Zawsze skutecznie. Niewidzialna ręka sprawiedliwości,  znienawidzona przez postępowych pismaków, teoretyków prawa i artystyczną bohemę.  Lubię Paula Kerseya.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Hollywood zaczyna rozumieć?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Te dwie najgłośniejsze serie o amerykańskich  samotnych wojownikach, którzy wbrew zdegenerowanemu prawu usuwają groźne dla  społeczeństwa jednostki, to oczywiście tylko fragment amerykańskiego kina, w  którym nakręcono – z jednej strony – tysiące filmów o lewicowo-liberalnym  przesłaniu, ale uraczono widownię także setkami filmów kryminalnych, w których  stróże prawa działać muszą na jego granicy. Bez tego najgroźniejsi bandyci,  dzięki zabiegom prawników, wychodzą na wolność natychmiast po aresztowaniu,  dochodzenia ciągną się latami, kary są umiarkowane (chyba że jesteśmy w  Teksasie!). Kino amerykańskie solidnie się przyłożyło do romantyzacji postaci  rzezimieszka, a sławetna ekranizacja „Bony and Clyde” z Warrenem Beatty&#8217;m budzi  u mnie zawsze nawyższą odrazę.</p>
<p style="text-align: justify;">Faktem niemniej jest, że filmowy  showbusiness potrafi niekiedy naprawdę zaskoczyć. Wszystkim Państwu polecam film  „15 minut” z Robertem De Niro i Edwardem Burnsem, w reżyserii Johna  Herzfelda. Świetny scenariusz z pomysłową intrygą, pokazujący nie tylko cynizm  mass mediów, ale i ławtość, z jaką najokrutniejsi sadyści mogą dziś w USA ujść  sprawiedliwości.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Paul i Harry czy Sokrates?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Sokrates został przez sąd ateński potraktowany  złośliwie &#8211; i niesprawiedliwie skazany na śmierć. Postanowił jednak wypić  truciznę, aby zamanifestować postawę legalistyczną. Łamanie prawa jest złem,  nawet jeśli prawo i jego egzekutorzy nie są doskonali. Warto dodać, że sławny  filozof nie miał w sobie nic z postmodernistycznego pacyfisty-mięczaka. Należał  do formacji hoplitów i kilkakrotnie brał udział w wojnie peloponeskiej,  zapisując się w pamięci nieprzyjaciół jako ten, który ostatni schodzi z pola  walki. Nie wolno też zapominać, że wymiar sprawiedliwości bardzo w czasach  Sokratesa przypominał dzisiejszą Polskę – zideologizowany, uznaniowy,  abolicjonistyczny, nieudolny egzekucyjnie (cela śmierci, w której przebywał  Sokrates, była praktycznie niestrzeżona). Sokrates rozumował tak. Jeżeli wolno  łamać prawo mnie, dlaczego tak samo nie mają myśleć w każdej sprawie inni?  Uzasadnienie zawsze jakieś dla siebie znajdziemy.</p>
<p>A Harry i Paul? Już  twórcy filmów zadbali o to, aby ich adwersarze byli postaciami na tyle  paskudnymi, że każdy widz nienawidził je od pierwszego wejrzenia. Faktem jednak  jest, że zwłaszcza Kersey permanentnie znajduje się poza prawem. Callahan z  odcinka na odcinek „porządnieje”, aby – że tak powiem – skończyć jako reżyser  „Unforgiven” i paru innych lewicujących obrazów.</p>
<p style="text-align: justify;">Należy starać się prawo zmieniać, a nie łamać je  nawet w najszlachetniejszych intencjach. To wersja oficjalna.</p>
<p style="text-align: justify;">Nieoficjalnie. Gdyby mnie przydarzyło się to, co  Paulowi Kerseyowi, sprzedałbym wszystko, co mam. Potem wynająłbym najlepszych  detektywów, aby namierzyć sprawców. A wreszcie nauka z „Pana Wołodyjowskiego” &#8211;  żeby zakończyć jakimś swoiskim akcentem – i procedura, którą wobec  Tuhajbejowicza wdrożył pan Adam Nowowiejski, a z powodzeniem sfinalizował Luśnia  &#8211; zwany srogim.</p>



Subskrybuj:


	<a rel="nofollow" target="_blank" href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2" title="RSS"><img src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/plugins/sociable/images/rss.png" title="RSS" alt="RSS" class="sociable-hovers" /></a>


<br/><br/>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2&amp;p=1952</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Legutko: Intelektualiści i komunizm*</title>
		<link>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1975</link>
		<comments>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1975#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 22 Mar 2010 07:50:25 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Elita PRL-bis]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1975</guid>
		<description><![CDATA[Ryszard Legutko
Refleksja                nad udziałem intelektualistów w tworzeniu i podtrzymywaniu ustroju                komunistycznego nie pojawia się dzisiaj zbyt często. W krajach komunistycznych      [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="attachment_1974" class="wp-caption alignleft" style="width: 310px"><a href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/uploads/2010/03/Komunizm.png"><img class="size-medium wp-image-1974" src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/uploads/2010/03/Komunizm-300x270.png" alt="" width="300" height="270" /></a><p class="wp-caption-text">Wczoraj za czerwonym sztandarem, dzisiaj &quot;liberałowie&quot;</p></div>
<p><span style="color: #0000ff;"><em>Ryszard Legutko</em></span></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Refleksja                nad udziałem intelektualistów w tworzeniu i podtrzymywaniu ustroju                komunistycznego nie pojawia się dzisiaj zbyt często. W krajach komunistycznych                obalenie systemu dokonało się przy znacznym udziale intelektualistów,                co w ich mniemaniu rozgrzeszyło dawne winy. Na temat owego rozgrzeszenia                można dalej toczyć spory, choć niewiele z nich wynika. Coraz więcej                uczestników tamtych zdarzeń odchodzi z grona żywych, a dla tych,                co pozostali, próba wywołania takiej dyskusji staje się co najwyżej                okazją do wybuchów gniewu lub do milczącej wyniosłości. W tej reakcji                bądź to gniewu bądź milczenia uczestniczą nie tylko dawni bohaterowie,                lecz także młodsze pokolenia dzisiejszej elity. Wytworzyło się bowiem                silne poczucie wspólnoty międzypokoleniowej, które sprawia, iż stare                formy środowiskowego tabu nie tracą siły w nowych czasach. </strong></p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong><span id="more-1975"></span></strong></p>
<p style="text-align: justify;">Spróbujmy zastanowić się &#8211; wywołując stary                temat &#8211; nad sensem głębokiego uwikłania intelektualistów w system.                Miało ono kilka postaci:  intelektualiści                system ten wymyślili, dostarczyli mu sankcji moralnej oraz brali                aktywny udział w jego funkcjonowaniu.                 Poza  obszarem wartym refleksji umieszczam wprowadzenie                komunizmu przez intelektualistów oraz niesprzeciwianie się mu w                formie aktywnej. Nie przyjmuję więc poglądu, iż istnienie wśród                inicjatorów komunizmu &#8220;uzbrojonych proroków&#8221;, a zatem ludzi wykształconych,                którym dane było nadać swoim ideom postać realną, obciąża całą warstwę                intelektualną. Nie zapominajmy, że wszystkie lub niemal wszystkie                większe przedsięwzięcia kierowane są przez elity, a ruch komunistyczny                nie stanowi tutaj wyjątku. Sam fakt znalezienie się we władzach                ruchów komunistycznych ludzi wykształconych i przejętych ideami                nie jest zatem zjawiskiem wyjątkowym. Nie ma również według mnie                uzasadnienia zarzut &#8211; formułowany zresztą niezmiernie rzadko &#8211; iż                przed długi czas intelektualiści nie sprzeciwiali się czynnie systemowi.                Oczekiwanie, iż to powinni zrobić bierze się z przyjęcia heroicznej                koncepcji ich roli. Założenie takie                 jest jednak mocno dyskusyjne; nie można wszak nikomu zarzucać                braku heroizmu, a gdyby taki zarzut postawić, to odnosiłby się on                do wszystkich grup społecznych.</p>
<p style="text-align: justify;">Pretensje wobec intelektualistów nie biorą                się więc stąd, że przez długi czas z komunizmem nie walczyli, ale                że długo okazywali mu publicznie swoją głęboką aprobatę. Jest coś                zagadkowego w fakcie, że ludzie, którzy powinni widzieć trafniej                i przenikliwiej niż inni, ulegli tak kompromitującemu złudzeniu.                Dotyczy to nie tylko poszczególnych jednostek, ale szerokich rzesz                intelektualistów; nie tylko ludzi przeciętnych, ale najwybitniejszych                przedstawicieli sztuki, myśli i nauki; nie przez krótki czas, lecz                przez całe dziesięciolecia; nie tylko intelektualistów krajów podbitych                przez komunizm, ale także w krajach o wielkim zakresie swobód myśli                i działania; nie tylko w stosunku do komunistycznej polityki mieszczącej                się jeszcze w granicach moralnej akceptowalności, ale także w stosunku                do najbardziej zbrodniczych i nieludzkich form tej polityki; nie                tylko w odniesieniu do idei komunizmu, ale do polityki Związku Radzieckiego,                lecz także Chin komunistycznych, Wietnamu Północnego i Kuby, a nawet                Albanii<a href="http://www.omp.org.pl/index.php?module=subjects&amp;func=viewpage&amp;pageid=313#_ftn1">[1]</a>.</p>
<p style="text-align: justify;">Pytanie o przyczyny tego niebywałego zachowania                nie jest błahe, gdyż dotyka ono fundamentalnej słabości nowożytnych                intelektualistów. Zostali poddani ważnej próbie i jej nie sprostali.                Fakt, iż owo pytanie pada coraz rzadziej świadczy o tym, iż intelektualiści                nie są zainteresowani własną kondycją i nie mają ochoty na bolesne                przewartościowanie sensu swojej misji.</p>
<p style="text-align: justify;">I.</p>
<p style="text-align: justify;">System komunistyczny jest dzieckiem intelektualistów                w dużo mocniejszym sensie niż, na przykład, system nazistowski.                Wprawdzie w przypadku ustroju nazistowskiego można wskazać pewne                głębsze filozoficzne źródła, ale akces, jaki zgłaszali doń rozmaici                przedstawiciele zachodniej kultury miał tylko w minimalnym zakresie                charakter intelektualny. Poza Martinem Heideggerem, którego filozoficzne                związki z nazizmem są ścisłe, lecz trudno czytelne, większość tych,                którzy ten ruch poparli kierowała się raczej przekonaniem o końcu                ery parlamentaryzmu, czy wstrętem do istniejącej kultury, niż wiarą                w jakieś idee, które ruch nazistowski reprezentował. Poniekąd można                powiedzieć, iż nazizm był tworem politycznych ideologów i przywódców                ruchu, a nie intelektualistów. Stał się faktem bez ich udziału,                a gdy już zaistniał, tylko część z nich &#8211; i to nieliczna &#8211; znalazła                w nim alternatywę wobec istniejącego stanu rzeczy.</p>
<p style="text-align: justify;">W przypadku                komunizmu sprawy miały się inaczej. Był to prawdopodobnie &#8211; co już                wielokrotnie podkreślano &#8211; jedyny nowożytny ustrój od początku do                końca wymyślony przez teoretyków i wizjonerów, a poparcie, jakie                uzyskał było największe, jakie zdobył jakikolwiek ustrój w całych                dziejach ludzkości. Miłość intelektualistów dla komunizmu była poniekąd                miłością do własnego dziecka. Żaden inny system polityczny pod tę                kategorię nie podpadał. Nowożytny republikanizm, podobnie jak nowożytny                system gospodarczy ukształtował się w procesie stopniowych adaptacji,                a refleksja nad nimi nie miała nigdy zasadniczej mocy sprawczej.                Ale to nie wszystko. Koncepcja komunizmu nie wzięła się wszak znikąd,                lecz stała za nią długa refleksja intelektualna i długa tradycja                moralna. Na tę refleksję i tradycję składały się przynajmniej dwa                spokrewnione wątki: pierwszym jest idea rewolucji, a drugim idea                humanizmu. Ta pierwsza wyrażała negatywną ocenę rzeczywistości i                potrzebę zbudowania jej od nowa; ta druga dawała uzasadnienie rewolucyjnemu                przedsięwzięciu stawiając dobro człowieka jako najwyższą wartość,                a jego moc i wiedzę jako rękojmie powodzenia. Obie te idee towarzyszyły                intelektualistom od dawna, towarzyszą nadal i nic nie wskazuje,                by rzeczy miały się zasadniczo zmienić w dającej się przewidzieć                przyszłości. W świecie, gdzie zmarginalizowaniu uległo myślenie                teocentryczne, humanizm wydaje się jedyną ideą moralną, jaka pozostała                do dyspozycji politykom, moralistom i obywatelom.</p>
<p style="text-align: justify;">Niektórzy kwestionują aktualność                pierwszej z tych idei, dowodząc, iż pragnienie rewolucji się wyczerpało,                a my żyjemy dzisiaj w epoce postrewolucyjnej. Pogląd taki uważam                za błędny. Prawdą jest, iż ulega zmianie intensywność ducha rewolucyjnego                oraz jego przedmiot, ale potrzeba radykalnego przekształcenia pozostaje                niezmienna. Różnica między czasami naszymi a epoką przewrotów jest                taka, iż kiedyś wielka transformacja obejmować miała struktury polityczne                i ekonomiczne, natomiast dziś obejmuje ona raczej obyczaje, normy                zachowania i reguły obowiązujące w kulturze. Duch rewolucyjny ma                bowiem głębokie źródła w schematach nowożytności, a schematy te                nie zostały unieważnione. Można zaryzykować tezę, iż rewolucyjność                tkwi w samej istocie myślenia nowożytnego intelektualisty. Nawet                jeśli okazjonalnie słabnie idea rewolucji, a samo słowo nabiera                konotacji nieco wstydliwych, to i tak zmiana raczej niż ciągłość                wydaje się naturalnym punktem odniesienia dla ogromnej części klasy                intelektualnej. Zmiana jest czymś naturalnym i oczywistym, natomiast                ciągłość czymś wyjątkowym, co wymaga uzasadnienia. Ktoś, kto nie                myśli w kategoriach reformy istniejącego stanu rzeczy staje na pozycji                tego, kto akceptuje istniejące zło, dyskryminacje, nierówności i                wiele innych nagannych praktyk.</p>
<p style="text-align: justify;">Przynajmniej od kilku wieków dzieje                się tak, że niemal każda epoka dziełami swoich proroków dokonuje                radykalnego samookreślenia nie tylko ostro odcinając się od epoki                poprzedniej, ale uznając siebie za przełomową w skali ostatecznej.                W każdej epoce widzą więc jej entuzjaści jakiś zasadniczy globalny                przełom, jakiś absolutnie nowy początek, dzięki któremu dzieje ludzkości                będą odtąd wyglądać zupełnie inaczej, a historia &#8211; czy to polityczna,                czy duchowa, czy jeszcze jakaś inna &#8211; wejdzie w nowy etap. Tak było                w Renesansie, w filozofii kartezjańskiej i w myśli Oświecenia; przesłanie                przełomu głosili romantycy, a przesłanie nowego początku &#8211; pozytywiści.                Wejście świata w nowy i wspaniały etap rozwoju przewidywali klasyczni                liberałowie i prorocy kontrkultury. Nawet nasza epoka &#8211; pozornie                pozbawiona złudzeń, zwłaszcza złudzenia postępu &#8211; też generuje poglądy                o końcu filozofii i metafizyki oraz o nastaniu zupełnie nowej kultury                całkowicie odczarowanej. Wizja komunizmu jako jakościowo nowego                etapu była jedną z wielu takich wizji przełomowych &#8211; ani pierwszą,                ani ostatnią &#8211; i dobrze mieściła się w tym schemacie myślenia. Od                innych różniła się konkretnością projektu, ale nie odbiegała zasadniczo                śmiałością zamierzenia i przewidywanym zakresem zmian.</p>
<p style="text-align: justify;">Nie chcę przez to powiedzieć, iż w samym radykalizmie                filozoficznym zawierała się potencjalnie aprobata dla komunizmu,                że &#8211; innymi słowy &#8211; w rewolucyjnym schemacie Kartezjusza, Spinozy                czy Comte&#8217;a  tkwi jakiś element                odpowiedzialności za masowy akces intelektualistów do komunizmu.                Takie twierdzenie &#8211; pomijając, że jest ono historycznie oraz filozoficznie                arbitralne &#8211; osłabiałoby odpowiedzialność jednostkową i przypisywałoby                ideom rolę przesadnie sprawczą. Twierdzę jedynie, iż intelektualna                przełomowość, jaką przypisywał sobie niemal każdy prąd umysłowy                nowożytności wytworzył stan ducha, który sprzyjał przychylności                wobec przełomów politycznych i ekonomicznych, a nawet takich przełomów                oczekiwał. Sam radykalizm myślenia oraz przypisywanie własnemu systemowi                funkcji rewolucyjnej nie przynoszą z konieczności zgubnych skutków                praktycznych i nie dają się łatwo przekształcić w program zmiany                rzeczywistości. Można sobie zresztą wyobrazić &#8211; a przykładami byliby                tu Kartezjusz, Kopernik i niemała liczba innych myślicieli &#8211;  iż radykalizm teorii będzie współistniał z                zachowawczością w sferze praktyki. Kiedy jednak taki radykalizm                pojawia się niemal w każdej orientacji, ruchu kulturowym i szkole                myślenia, to wówczas zrodzić się musi podejrzenie, iż mamy do czynienia                nie z przypadkową predylekcją, lecz z rozpowszechnioną skłonnością                nowożytnego umysłu. Nie każdy twórca oczywiście musi być jej poddany,                lecz z racji swojej uporczywości pojawiania liczyć ona może &#8211; statystycznie                &#8211; na znaczną reprezentację.</p>
<p style="text-align: justify;">O sile idei rewolucji świadczy nie tylko to, że skłaniała                ona liczne rzesze intelektualistów do akceptacji rewolucji październikowej                i jej skutków. Podpisywali się pod nią także &#8211; o czym się dzisiaj                rzadko pamięta &#8211; krytycy systemu bolszewickiego, co z kolei sprawiło,                iż krytyka ta nie była nigdy zasadnicza i zupełna. Widać to nawet                w najbardziej znanych książkach z tej kategorii, na przykład Gide&#8217;a                i Russella; niegdyś stały się środowiskowym skandalem, a później                funkcjonowały jako świadectwo indywidualnej uczciwości i odwagi                autorów, lecz, czytane dzisiaj, okazują się, raczej skromnymi manifestami                zdrowego rozsądku. Uderza w nich przede wszystkim to, iż opatrzone                są niezwykle długą listą zastrzeżeń, które mają wykluczyć wszelkie                nieporozumienia: a to takie, iż autorzy stoją na pozycji obrońców                kapitalizmu, albo potępiają ideę socjalistyczną , albo nie doceniają                śmiałości czynu rewolucyjnego (&#8220;Macież wy odwagę Lenina, żeby wszcząć                dzieło nieznane, zburzyć stare i wszcząć nowe?&#8221; &#8211; jak pytał bohater                <em>Przedwiośnia</em>, książki, której autora trudno przecież zaliczyć do licznego                grona &#8220;towarzyszy podróży&#8221;). Wypowiedzi krytyczne wobec komunizmu,                które brzmiały czysto i takich zastrzeżeń nie zawierały &#8211; takie                jak George&#8217;a Orwella &#8211; należą do rzadkości. Autorzy radykalnie antykomunistyczni                nie byli traktowani poważnie (&#8220;grupa biednych matołków&#8221;, jak pisał                Miłosz w swoich listach do Wańkowicza). Niekiedy pogardzie towarzyszył                ostracyzm towarzyski (jak w przypadku Arona i Camusa we Francji),                albo wręcz atmosfera pomówień, ośmieszenia i moralnego unicestwienia                (jak w przypadku Whittakera Chambersa).</p>
<p style="text-align: justify;">II.</p>
<p style="text-align: justify;">Drugą ideą obecną w komunizmie i dotąd aktualną jest                moralna idea humanizmu. Komunizm wszak pomyślano i zrobiono dla                ludzi, a nawet &#8211; w ostatecznej fazie projektu &#8211; dla ludzkości. Jego                praktyczna realizacja skończyła się wprawdzie porażką &#8211; tego nikt                dzisiaj nie kwestionuje, choć jeszcze przed kilku dekadami mówienie                o jego porażce stanowiło bluźnierstwo, lub przynajmniej formę moralnego                kapitulanctwa &#8211; ale nie upadła ani nie uległa kompromitacji sama                idea humanizmu. Towarzyszyła ona kulturze zachodniej przez ostatnie                kilka stuleci, i nic nie zapowiada jej zniknięcia. Jest to &#8211; przy                wszystkich różnicach, jakie dzielą przedstawicieli różnych orientacji                intelektualnych &#8211; jedyna idea moralna, która wydaje się wszystkich                lub niemal wszystkich łączyć. W sytuacji załamania się wielkich                systemów filozoficznych, postępującego odczarowania świata oraz                upadku wiary w moralny sens natury idea humanizmu stanowi jedyne                przesłanie,  jakiego nie osłabił nowożytny duch zwątpienia.</p>
<p style="text-align: justify;">Jest skądinąd interesujące, że idea humanizmu zachowała                swoją ważność zarówno w czasach triumfującego prometeizmu, jak i                w epokach, w których na człowieka patrzono bez złudzeń, a nawet                ze złośliwością. Pod hasłami humanizmu podpisywali się więc zarówno                myśliciele renesansowi, marksiści,                 oświeceniowi progresywiści oraz część romantyków, którzy                widzieli w człowieku istotę zdolną osiągnąć wielkie rzeczy i zająć                miejsce Boga. Podpisywali się pod nim jednak także sceptycy, ironiści                oraz przedstawiciele wszelkich rodzajów redukcjonizmu, dla których                dobro człowieka i ludzkości stanowiło platformę walki z zastanym                porządkiem, zbudowanym według nich, na wielkiej iluzji. Oba te stanowiska                objawiły się w recepcji komunizmu. Mamy więc tam liczne grono wyznawców                prometeizmu wierzących w nieskończony awans człowieka. Mamy jednak                przynajmniej równie liczną grupę ludzi, którzy żadnych takich złudzeń                nie mieli. Ta druga grupa jest, dla interpretatora historii intelektualnej,                bardziej interesująca, gdyż jej obecność wydaje się zagadkowa. Jak                można tłumaczyć entuzjazm dla komunizmu ze strony takich autorów                jak George Bernard Shaw , André Gide, Jean-Paul Sartre, którzy wyznawcami                prometeizmu w żadnym razie nie byli? Jest niezwykłe, iż w gronie                oddanych piewców najbardziej brutalnego reżymu w dziejach znaleźli                się ludzie, którzy zasłynęli jako wyrafinowani demaskatorzy, niepokorni                odszczepieńcy, bezwzględni prześmiewcy, bezkompromisowi tropiciele                wszelkich iluzji, uroszczeń i ideowych mistyfikacji, moralni redukcjoniści,                pesymiści rozczarowani światem i człowiekiem. Wszyscy oni nie tylko                system akceptowali, ale zdawali się przyjmować humanistyczne przesłanie                komunistycznej propagandy.</p>
<p style="text-align: justify;">Skąd się brało takie zachowanie, tego do końca nie                rozumiemy. Istnieje kilka tłumaczeń. O jednym wspomniałem już powyżej.                Humanizm stanowił nie tyle akt głębokiej wiary ideologicznej, ile                platformę walki ze znienawidzonym porządkiem zastanym. Demaskatorstwo                stało się pasją tak wielką, iż zrodziło pewien rodzaj ślepoty pozwalający                ignorować zło nowego systemu. Nienawiść do &#8220;starego&#8221; była czynnikiem                tak silnym, że brano ją często za oddanie sprawie wyzwolenia człowieka,                a więc humanizmu: Wolteriańska zasada <em>ecrasez l&#8217;infâme,</em> wielokrotnie później pojawiająca się pod różnymi                odmianami w wieku dziewiętnastym i dwudziestym (od Ibsena po Girodoux                i Brechta) angażująca całą destrukcyjną potencję twórczą jawiła                się jako łatwo przekładalna &#8211; poprzez zwykłe zaprzeczenie &#8211; na pozytywną                ideę obrony człowieka. W ten sposób idea humanizmu łączyła się z                ideą rewolucji. Nienawiść do &#8220;starego&#8221; wyartykułowana w formie postulatu                rewolucji lub jej apologii odbierała humanizmowi jego pierwotny                prometejski sentymentalizm; odtąd humanizm przestawała być domeną                marzycieli i wizjonerów, a stał się  trudnym, nawet brutalnym lecz koniecznym zadaniem                do wykonania. Rewolucja bez owej demaskatorskiej pracy intelektualnej                nie byłaby możliwa, a humanistyczny horyzont, jakkolwiek daleki,                dawał jej moralne rozgrzeszenie.</p>
<p style="text-align: justify;">Na ile twórcy wierzyli w to, że ostateczny cel humanistyczny                stanowi moralne usprawiedliwienie dla brutalności rewolucji, a na                ile używali jego tylko jako wybiegu, tego nie wiemy. U różnych autorów                różnie to wyglądało, aczkolwiek pojawiły się głosy, iż ów humanistyczny                horyzont był zwykłą mistyfikacją, gdyż w głębi duszy intelektualistów                fascynowała brutalność rozprawiania się ze &#8220;starym&#8221; i piękno rewolucyjnego                barbarzyństwa; w Arkadię przyszłego komunizmu jako królestwa człowieka                nikt już &#8211; poza kilkoma idealistami &#8211; nie wierzył. Dotyczyło to                zarówno autorów zachodnich, którzy z satysfakcją patrzyli na gruntowne                czyszczenie społeczeństwa ze szkodliwych anachronizmów, jak i intelektualistów                polskich, z obrzydzeniem wspominających rzeczywistość przedrewolucyjną;                świat porewolucyjny, przy wszystkich swoich wadach, posiadał tę                zaletę, iż wyzwolono go od nawyków bezrozumu. W sytuacji upadku                wszelkich uroszczeń i iluzji, w sytuacji załamania się tradycyjnych                ideałów moralnych, akt rewolucyjny jawił się jako jedyny sensowny                i realistyczny rodzaj działania politycznego.</p>
<p style="text-align: justify;">Wyjaśnienie takie brzmi przekonująco, ale nie może                być ono do końca prawdziwe. Nie jest więc według mnie prawdą, iż                humanistyczna idea stanowiła wyłącznie pozór. Była ona natomiast                niewątpliwie trudno uchwytna; trudności zaś brały się stąd, iż ów                człowiek, dla którego domagano się komunizmu był rozumiany na wiele                sposobów, a mało kto zadał sobie tyle trudu, by humanizmowi nadać                konkretną treść. Mglistość ideału człowieka była na swój sposób                wygodna. Raz pozwalała wstawiać się za strajkującymi robotnikami,                czy za pozbawionymi ziemi chłopami, innym razem kazała myśleć w                kategoriach ogólnoludzkiego braterstwa; raz człowieka reprezentował                proletariusz, innym razem komisarz, jeszcze innym razem obywatel                sprawiedliwego państwa przyszłości. Przeskakiwanie od konkretu do                abstraktu, od jednostki do klasy społecznej, od teraźniejszości                do przyszłości, od realności do ideału, było zabiegiem nagminnym                i poniekąd nieuniknionym. Humanizm nie mógł się zamknąć w jakiejś                wyraźnej i klarownej formule, bo wyrażał zbyt wiele aspiracji i                celów.</p>
<p style="text-align: justify;">Z drugiej wszakże strony jego jedność nigdy nie była                kwestionowana. Dlatego właśnie idea humanistyczna mogła stanowić                okoliczność rozgrzeszającą zbrodnie systemu komunistycznego, nawet                wówczas gdy były one &#8211; wydawałoby się &#8211; oczywiste. Ustrój kapitalistyczny                takiego przesłania nie niósł, a w każdym razie ogromna większość                intelektualistów temu zaprzeczała; stąd komunizm w swojej fazie                heroicznej miał  w wymiarze ostatecznym wyższość nad kapitalizmem,                nawet jeśli realnie &#8211; co niektórzy przyznawali &#8211; oferował mniejszy                zakres wolności i nieco niższy poziom rozwoju gospodarczego. Gdy                komunizm upadł, a jego zbrodni nie dało się już w żaden sposób rozgrzeszyć                ani im zaprzeczyć, i gdy mówienie o &#8220;nieco niższym&#8221; poziomie wolności                i zasobności przechodziło przez usta tylko komunistycznym dinozaurom,                idea humanizmu okazało jeszcze raz swoją skuteczność służąc wykazaniu,                iż system ten nie zasługiwał na całkowite potępienie.</p>
<p style="text-align: justify;">Komunizm nie był dobry &#8211; tyle przyznawano &#8211; ale w                żadnym razie nie pozwalano go zestawić z faszyzmem. Kiedy w latach                osiemdziesiątych znana amerykańska pisarka &#8211; ciesząca się reputacją                wyrafinowanej estetki (co nie przeszkodziło jej kilkanaście lat                wcześniej napisać apologii Wietnamu Północnego) &#8211; nazwała komunizm                &#8220;faszyzmem z ludzką twarzą&#8221;, wywołała w swoim środowisku liczne                komentarze, gdyż powiedziała rzecz w tej grupie moralnie niesłychaną.                Coś takiego mogli mówić jedynie zimnowojenni doktrynerzy, natomiast                w ustach Susan Sontag brzmiało to jak intelektualna prowokacja.                Lecz dotyczyło to jedynie części wypowiedzi. Niesłychaną rzeczą                było bowiem zrównanie komunizmu z faszyzmem, natomiast co do tego,                że komunizm z samej swojej istoty ma &#8220;ludzką twarz&#8221; to wydawało                się myślą mało kontrowersyjną. Podobną reakcję mogliśmy niedawno                obserwować w komentarzach na temat francuskiej <em>Czarnej                księgi komunizmu</em>, gdzie gwałtownie protestowano przeciw stawianiu                na jednej płaszczyźnie obu ustrojów argumentując właśnie przez odwołanie                się do humanistycznego przesłania komunizmu, które choć odległe                od komunistycznej praktyki, ma jednak pewne konsekwencje nobilitujące;                samo źródło moralne pozostało czyste.</p>
<p style="text-align: justify;">Komunizm nie został więc obłożony całkowitą anatemą.                Opory przed jednoznacznym jego potępieniem nie słabną, mimo że trudno                znaleźć dzisiaj obrońców ZSRR, centralnego planowania, łagrów, czy                dyktatury proletariatu . Potępienie to, ilekroć się pojawia, bywa                często warunkowe, gdyż towarzyszy mu oczekiwanie, iż jednocześnie                potępi się inne rzeczy. Formuły tu są różne: &#8220;komunistyczny terror                był zły, ale przecież w Ameryce też istniał maccarthyzm&#8221;; &#8220;w komunizmie                doszło do strasznej degradacji człowieka, ale nie zapominajmy, iż                niemało degradował człowieka dziki kapitalizm&#8221;; &#8220;w komunizmie były                łagry, ale okrutne obozy organizowali też Anglicy i Belgowie w swoich                koloniach&#8221;, itd.  Takich                zastrzeżeń nikt oczywiście nie formułuje w odniesieniu do faszyzmu.                Nikt nie uzależnia potępienia terroru nazistowskiego czy Oświęcimia                od jednoczesnego potępienia Kołymy; nikt nie żąda, by uznać za nikczemną                dejudaizację kultury III Rzeczy tylko łącznie z taką samą oceną                stalinizacji kultury w ZSRR czy Polsce.</p>
<p style="text-align: justify;">To dwuznaczne stanowisko wobec komunizmu zarysowało                się dawno, właściwie od tego momentu, gdy fakty dotyczące rzeczywistości                komunistycznej nie mogły być już podważone. Ukształtowała się wówczas                postawa, którą nazwano anty-antykomunizmem; anty-antynazizm &#8211; dodajmy                &#8211; nigdy nie powstał. W jego efekcie postawa antykomunistyczna nadal                postrzegana jako coś nagannego, choć z innych, bardziej tajemniczych                powodów. Poprzednio była ona dyskwalifikująca, gdyż godziła w komunizm                czyli największe osiągnięcie humanizmu. Obecnie nie przestała być                 dyskwalifikująca, jakkolwiek tym razem powody raczej insynuowano                niż je formułowano. Pojawiły się i nadal pojawiają sugestie, iż                istnieje jakieś powinowactwo duchowe między komunistą a antykomunistą,                że antykomunizmu trzeba się strzec, bo stanowi on niemal zwierciadlane                odbicie komunizmu. Doszło do sytuacji paradoksalnej: okazało się,                że komunizm był zły, ale niezależnie od tego jak bardzo byłby zły,                antykomunizm nigdy nie był dobry. Ludzie, którzy ulegali komunizmowi                przez długie lata byli wreszcie skłonni przyznać się do błędu,                 lecz swój krytyczny impet &#8211; pełen hałaśliwej pogardy &#8211; kierowali                głównie przeciw antykomunistom. Zjawisko to występowało w skali                masowej na Zachodzie, ale miało ono też swój odpowiednik w Polsce.                Na Zachodzie piętnowano antykomunizm jako formę serwilizmu wobec                własnej władzy, uznając najpewniej, iż poparcie dla amerykańskiej                polityki zagranicznej stanowi okoliczność bardziej kompromitującą                niż popieranie polityki ZSRR, Wietnamu, czy Kuby. Także znaczna                część polskiej inteligencji, potulna wobec reżymu, nawet wówczas                gdy słabł i stawał się własną karykaturą, odnalazła w sobie w nowej                rzeczywistości niezwykłą potrzebę wywyższania się ponad antykomunizm                i antykomunistów. Z jakichś powodów długotrwała apologia ustroju                sprawiedliwości społecznej traktowana jest przez nich jako doświadczenie                cywilizujące, natomiast w antykomunizmie widzą rodzaj barbarzyństwa.                Z licznych przykładów wymienię tylko jeden: tygodnik <em>PolitykaPolityka</em>, niezmiennie &#8211; mimo swojej                serwilistycznej przeszłości &#8211; trwający w dobrym samopoczuciu i dziś                ostentacyjnie pogardliwy wobec antykomunizmu<a href="http://www.omp.org.pl/index.php?module=subjects&amp;func=viewpage&amp;pageid=313#_ftn2">[2]</a>.</p>
<p style="text-align: justify;">III.</p>
<p style="text-align: justify;">W zachowaniach powyższych zauważamy wyraźne przejawy                grupowego konformizmu, zjawiska dobrze znanego i wielokrotnie opisywanego                w historii intelektualistów jako warstwy społecznej. Przekreślenie                wartości komunizmu oznaczałoby załamanie całej wielkiej mitologii                moralnej, którą przyswoiła sobie &#8211; a poniekąd także stworzyła &#8211;                liczna rzesza intelektualistów. Stąd ktokolwiek chciał walczyć z                ideą i praktyką komunizmu musiał zmagać się z gęstą siecią mitologicznych                uproszczeń, przesądów i stereotypów, jakie jednoczyły środowisko                intelektualne. Mówiąc po prostu, nie ma zjawiska uwikłania intelektualistów                w komunizm bez zjawiska grupowego konformizmu; nie ma walki z tym                uwikłaniem bez uciążliwego i niewdzięcznego zmagania się z agresywnymi                mitologiami tej klasy. Każdy intelektualista-antykomunista toczyć                więc musiał boje nie tylko z wpływami ideologii partii komunistycznych                i Związku Radzieckiego, ale z liczną rzeszą swojej grupy. Widać                to na przykładzie Orwella, który całe swoje życie przeciwstawiał                się niezdrowej i dusznej atmosferze swojego środowiska w czasach,                kiedy jego presja była szczególnie nieznośna a zakłamanie nie miało                sobie równych.</p>
<p style="text-align: justify;">Podatność na stereotypy klasy intelektualnej to zjawisko                samo w sobie godne analizy, choć wykracza ono poza ramy niniejszego                tekstu. Odnotować trzeba wszakże, że było ono możliwe między innymi                z tego powodu, iż środowiska intelektualne to warstwy mocno zhierarchizowane.                Mówienie o &#8220;intelektualistach&#8221; jako grupie jednorodnej jest więc                &#8211; wypada zauważyć -zawsze uproszczeniem, i to nie tylko w tym sensie,                iż w każdej epoce znajdujemy przykłady ludzi, którzy myśleli samodzielnie,                a flirt z komunizmem, nawet w formie rozcieńczonej, nie był nigdy                zjawiskiem bezwyjątkowym. Jest ono uproszczeniem, ponieważ tak naprawdę                tylko nieliczni z tej grupy tworzą idee, natomiast ogromna większość                mniej lub bardziej wiernie poddaje się dominującym nastrojom. Poważne                błędy popełnione przez wybitne jednostki nie były nigdy przedmiotem                głębszej refleksji prowadzącej ewentualnie do korekty, ponieważ                za tymi błędami szły reakcje naśladowcze o szerokim zasięgu i silnej                presji. Błąd nie ograniczał się więc do kompromitującej wypowiedzi                konkretnego pisarza, malarza czy kompozytora; za nim szły opinie                rozpowszechniane w prasie, materiały dziennikarskie, publicystyka,                recenzje, przewartościowania środowiskowe, polityka wydawnicza,                a nawet system edukacji. Tworzyła się od razu wielka machina ideowa,                która utrwalała pewien rodzaj stereotypu i czyniła go nieczułym                na presje rzeczywistości.</p>
<p style="text-align: justify;">Powstała tutaj                zależność podwójna. Z jednej strony, błędne idee wybitnych jednostek                stały się inspiracją dla wielu intelektualistów średnich i kiepskich,                którzy z tych idei uczynili fakt społeczny. Z drugiej strony, ów                fakt społeczny miał skutki paraliżujące, gdyż utrudniał żywszą wymianę                myśli, a z przyjętych koncepcji czynił oczywistości nie do podważenia.                Dlatego dynamika rozwoju środowiskowych mód intelektualnych, stereotypów                i fascynacji nie pokrywała się z dynamiką zdarzeń historycznych.                Fakty historyczne, na przykład, mogły jednoznacznie świadczyć o                niegodziwości komunizmu, lecz to nie przekładało się automatycznie                na jakiekolwiek zasadnicze zmiany w orientacjach intelektualnych.                Radykalne konwersje z komunizmu na antykomunizm &#8211; te, które stały                się głośne &#8211; dotyczyły względnie małej liczby osób. Reszta reagowała                raczej konserwatywnie, dokonując skromnych modyfikacji kilku tez,                lecz utrzymując ogólne stanowisko ideowe. Stanowi to swoisty paradoks,                że polityczny radykalizm jako orientacja intelektualna sam nie podlega                radykalnym zmianom, lecz raczej konserwatywnemu ciążeniu do zachowania.</p>
<p style="text-align: justify;">To tłumaczy światopoglądową ciągłość zachodniej klasy                intelektualnej. Charakterystyczne jest więc, iż zmiany w systemie                komunistycznym w latach pięćdziesiątych, które potwierdziły zbrodniczość                systemu (na przykład na dwudziestym zjeździe radzieckiej partii                komunistycznej) miały jedynie krótkofalowy skutek. Już dziesięć                lat później doszło w niemal całym świecie zachodnim do eksplozji                politycznego radykalizmu, gdzie hasła komunistyczne lub quasi-komunistyczne                pojawiły się z całą mocą tak jakby nic wcześniej się nie stało,                a wraz z nimi doszło do nowej fali afektu do Chin, Kuby, Albanii                czy Wietnamu Północnego, do koncepcji jednostronnego rozbrojenia                Zachodu, do historycznego rewizjonizmu aprobatywnego wobec polityki                Związku Radzieckiego, itd. Nie byłoby to możliwe gdyby nie owa machina,                i gdyby nie istniał głęboko zakorzeniony w intelektualnym system                ideowych preferencji. Profesorowie i publicyści przyjęli nowe hasła                jako swoje i łatwo się z nimi utożsamili, mimo że uprzednio sami                nie wykazywali ochoty pójścia na barykady. Gdy już jednak tacy ochotnicy                się pojawili, większość kadry uniwersyteckiej ich poparła, uznając,                iż odżywa, chwilowo uśpiona, tradycja rewolucji w imię ideałów humanistycznych.</p>
<p style="text-align: justify;">To tłumaczy, dlaczego wielkie wydarzenia z historii                komunizmu &#8211; a było ich niemało &#8211; które ten system kompromitowały,                miały jedynie ograniczony wpływ na obniżenie jego popularności w                sferach intelektualnych. Od procesów moskiewskich i głodu na Ukrainie,                przez pakt Ribbentrop-Mołotow, Katyń, politykę represji w Europie                Wschodniej, tajne przemówienie Chruszczowa, Budapeszt 56, Pragę                68, chińską rewolucję kulturalną, Archipelag Gułag Sołżenicyna,                Afganistan, aż po Solidarność i <em>annus mirabilis</em> 1989 &#8211; mamy z jednej strony wykruszanie się rzesz                ortodoksyjnych komunistów wśród zachodniej klasy intelektualnej,                ale z drugiej, utrwalanie się w niej schematów myślenia lewicowego                oraz nasilenie postawy anty-antykomunistycznej. Im bardziej rzeczywista                natura komunizmu stawała się widoczna i trudniejsza do zakwestionowana,                tym więcej powodów znajdowano dla łagodniejszego i życzliwszego                traktowania jego historii i jego teraźniejszości.</p>
<p style="text-align: justify;">Ten proces &#8211; wbrew pozorom &#8211; nie ma w sobie niczego                zagadkowego jeśli pamiętamy o obyczajowości klasy intelektualnej.                W ścisłym sensie klasa ta nie jest elitą, jeśli pod tym słowem rozumieć                grupę o szczególnych możliwościach umysłowych i artystycznych, posiadającą                wynikające stąd obowiązki wobec całego społeczeństwa. Rzecz nie                tylko w tym, że wybitni twórcy stanowili mniejszość, a przeciętni                &#8211; większość. Chodzi o to, że owa większość jest od pewnego czasu                wyjątkowo liczna &#8211; i ma tendencję rosnącą &#8211; co praktycznie unieważnia                jej elitarny status. Na fali umasowienia edukacji grupa intelektualna                przybrała charakter prawie masowy, daleko wykraczając poza proporcje,                jakie racjonalnie możemy przyznać elicie, czyli pewnej arystokracji                umysłu i wyobraźni. Stąd jej zachowania nie tylko polegają na imitowaniu                poglądów ludzi wybitnych, a więc elity rzeczywistej (nawet jeśli                ta głosi idee błędne), lecz często przypominają zwykłe zachowania                masowe z reakcjami stadnymi, uleganiu dominującym nastrojom, itd.,                tyle tylko, że opatrzone ideologicznym uzasadnieniem. Obyczajowość                klasy intelektualnej da się zatem lepiej wyjaśnić kategoriami socjologicznymi                opisującymi zachowania dużych zbiorowości, niż kategoriami ściśle                intelektualnymi opisującymi związki między ideami. Jej rozmiar jest                w każdym razie na tyle wielki, by wykluczyć zjawisko masowych transformacji                światopoglądowych pod wpływem presji rzeczywistości lub siły argumentacji.                Wielka przewaga liczbowa niższych i średnich warstw tej klasy każe                widzieć w jej zachowaniach &#8211; podobnie jak w zachowaniach innych                grup społecznych, takich jak robotnicy, rolnicy, przedsiębiorcy                &#8211; utrwalone nawyki, inercję przyzwyczajeń, rutynę, skłonność do                zachowania ciągłości.</p>
<p style="text-align: justify;">Od dłuższego czasu obserwujmy zadziwiającą sprzeczność                między obyczajowością intelektualistów a ich ideologią. Obyczajowość                opiera się na grupowym konformizmie i ciągłości politycznych preferencji,                podczas gdy ideologia głosi pochwałę rewolucji, buntu i kontestacji.                Ta sprzeczność nie bywa dostrzegana i nadzwyczaj rzadko staje się                przedmiotem refleksji. Jej występowanie okazało się jednak nadzwyczaj                korzystne dla recepcji komunizmu. Komunista był zwykle &#8211; i nierzadko                nadal jest &#8211; kojarzony z postawą buntowniczą, przez co mógł                 liczyć na jakiś element sympatii. Jeśli był on członkiem                partii komunistycznej będącej w opozycji, to zasługiwał na sympatię                jako obrońca ludu przeciw niesprawiedliwemu reżymowi. Jeśli sam                był członkiem takiego reżymu, to też nie znajdował się na pozycji                całkowicie straconej: reprezentował wszak &#8211; takie było standardowe                tłumaczenie roli przywódców sowieckich &#8211; siłę modernizującą zwróconą                przeciw niesprawiedliwym strukturom tradycji. Okazywanie sympatii                komunistom i komunizmowi wydawało się nobilitować również intelektualistów,                gdyż ich samych stawiało w sytuacji buntowników, a w każdym razie                rzeczników sprzeciwu. W komunistach &#8211; podobnie jak w anarchistach,                kontestatorach, hunwejbinach, hippisach, czerwonych Khmerach, czy                ekscentrykach &#8211; widzieli częściowe urzeczywistnienie własnych pragnień                i odbicie, choćby blade i zdeformowane, własnych ideałów. Ale marzenie                o buncie &#8211; rozłożone na głosy licznych i coraz liczniejszych rzesz                intelektualistów, przefiltrowane przez środowiskowe schematy, przez                mieszczańską stabilność egzystencji, przez biurokratyczne struktury                uniwersytetów, mediów czy organizacji, przez koteryjne uzależnienia                i nieformalne związki podległości &#8211; zmieniło się w swoje przeciwieństwo                i dało w efekcie intelektualny konformizm. Powstanie komunizmu,                jego trwanie oraz finalny upadek niewiele w tej obyczajowości zmieniły.</p>
<p style="text-align: justify;">IV.</p>
<p style="text-align: justify;">Powyższe uwagi w większości dotyczyły stosunku, jaki                do komunizmu mieli intelektualiści zachodni. Jak dalece różnili                się od nich intelektualiści polscy? Niewątpliwie o różnicy decydowała                sytuacja, w jakiej się znajdowali. Komunizm nie był odległą rzeczywistością,                którą odwiedzało się na zaproszenie reżymowych organizacji kulturalnych                i oglądało z perspektywy stołu zastawionego kawiorem i wódką. Stanowił                on świat realny, którego trudno było nie dostrzegać, nawet przy                wielkim ideologicznym zaczadzeniu. Stąd pytanie o uwikłanie polskich                intelektualistów brzmi nieco inaczej niż pytanie o uwikłanie intelektualistów                zachodnich. Brzmi ono: w jaki sposób intelektualiści polscy mogli                tak głęboko zaangażować się w komunizm skoro jego nędza i niegodziwość                stanowiła ich codzienne doświadczenie?</p>
<p style="text-align: justify;">Na to pytanie, jak wiadomo, istnieją dwie główne odpowiedzi.                Pierwszą z nich udzielił przed półwieczem Czesław Miłosz w swoim                <em>Zniewolonym umyśle</em>, gdzie dowodził, że                aprobata dla komunizmu miała charakter intelektualny. Polska inteligencja,                przekonana o końcu kultury zachodniej, poddała się wierze w konieczność                historyczną, której nieuniknionym urzeczywistnieniem był komunizm.                Innej odpowiedzi udzielili polemiści Miłosza &#8211; tacy jak Gustaw Herling-Grudziński                czy Zbigniew Herbert &#8211; według  których  aprobata dla nowego ustroju nie wynikała z                jakiejś intelektualnej formuły, lecz ze strachu przed komunistycznym                terrorem. To strach uaktywnił wszystkie moralne słabości ludzi,                indywidualne i środowiskowe; to on doprowadził do kłamstwa, lizusostwa,                donosicielstwa, kolaboracji oraz moralnej i intelektualnej degradacji.</p>
<p style="text-align: justify;">Zanim przejdziemy do skomentowania każdej z tych hipotez,                zauważmy, iż  obie &#8211; co oczywiste                &#8211; częściowo się wykluczają oraz &#8211; co bywa zapoznane &#8211; częściowo                ze sobą łączą. Wykluczają się, ponieważ wedle pierwszej intelektualiści                aprobując system nie wiedzieli, czym on naprawdę jest, natomiast                wedle drugiej, doskonale o tym wiedzieli, lecz zostali zmuszeni                do jego apologii. Z drugiej strony obie hipotezy pozostają w ścisłym                związku ze sobą, jako że w przypadku intelektualistów &#8211; bardziej                niż w przypadku jakiejkolwiek innej grupy &#8211; błąd intelektualny wiąże                się z klęską moralną.</p>
<p style="text-align: justify;">Ten ostatni wątek coraz rzadziej bywa podnoszony;                próbuje się go unieważnić argumentem, iż całe społeczeństwo uległo                komunizmowi, a więc intelektualiści nie ponoszą jakiejś szczególnej                winy. Jest to wszakże argument wadliwy. Łatwo zauważyć, iż czym                innym było kolaborowanie z komunizmem, a czym innym kolaborowanie                z komunistyczną ideologią. Ludzie wstępujący do PZPR-u mogli znajdować,                i często znajdowali schronienie przed ideologią w domu, w rodzinie,                w życiu wewnętrznym. Była to &#8211; temu się nie da zaprzeczyć &#8211; sytuacja                wysoce demoralizująca, ale z drugiej strony pozwalała zachować psychiczną                higienę i oddzielić na osobisty użytek prawdę od kłamstwa. Robotnicy,                sekretarki, urzędnicy (choć w znacznie mniejszym stopniu nauczyciele)                mogli więc prowadzić dwa życia: jedno zakłamane &#8211; publicznie, a                drugie względnie prawdziwe &#8211; prywatnie.</p>
<p style="text-align: justify;">Przekleństwem intelektualistów było to, iż mieli tylko jedno                życie. Jeśli ktoś pisał wiersz pochwalny o Stalinie lub przekonywał                publicznie do przyjaźni polsko-radzieckiej, to sprawiał wrażenie,                iż czynił to całym swoim jestestwem. Kto w ten sposób &#8211; wkładając                w to całą swoją indywidualność i angażując samą istotą swojego zawodu                opartego na słowie &#8211; głosił własnym słowem pochwałę komunizmu, ten                nie mógł mieć drugiego życia. Groziłoby to rozszczepieniem osobowości                i moralnym samounicestwieniem. Intelektualiści oddali więc komunizmowi,                szczerze lub nie, znacznie więcej ze swojej osobowości niż inni                ludzie. Błąd intelektualny okazał się nadzwyczaj kosztowny, gdyż                sytuował ich znacznie niżej od tych, którym mieli przewodzić. Błąd                ten odebrał im nawet ten niewielki margines swobody, jaki zdołali                zachować inni.</p>
<p style="text-align: justify;">Niekiedy próbuje się bronić prokomunistycznych intelektualistów                (pisałem o tym powyżej) dowodząc, iż ich decyzja intelektualna &#8211;                aczkolwiek błędna &#8211; wynikała ze szczerego humanistycznego odruchu.                Jednak autentyczność odruchu humanistycznego nie stanowi okoliczności                usprawiedliwiającej, gdyż błędna decyzja miała poważny wpływ na                inne grupy społeczne. Intelektualiści i artyści byli jedynymi, którzy                mieli możliwość przeniknąć do życia prywatnego innych ludzi nie                przemocą, ale za ich własnym przyzwoleniem. Przed ideologią <em>Trybuny                Ludu</em> czy radia, przed ogłupiającymi przemówieniami propagandowymi                można było się bronić. Kto wiedział, że komunizm jest przekleństwem                ten oficjalną propagandę po prostu ignorował. Trudniej było bronić                się przed taką propagandą, za którą stały wypowiedzi wybitnych artystów,                pisarzy, czy akademików. Jakaś cząstka geniuszu Tuwima zawarta w                jego serwilistycznych enuncjacjach docierała do umysłów i serc jego                czytelników. To samo dotyczy innych poetów, pisarzy, czy filozofów.                Intelektualiści swoim akcesem do komunizmu wywoływali wśród ludzi                wrażenie, iż w ideologii komunistycznej jest jeszcze jakieś drugie                dno, jakaś głębsza warstwa mądrości, która niczym skarb tkwi pod                ohydą komunistycznej codzienności, i że maluczcy tego świata są                zbyt krótkowzroczni, by go dostrzec.</p>
<p style="text-align: justify;">Grzechy intelektualistów &#8211; nawet                jeśli stał za nim wyłącznie błąd intelektualny &#8211; nie ograniczały                się do tego, co się działo z nimi samymi, ale także obejmowały to,                co działo się z odbiorcami ich dzieł. Jest dzisiaj w dobrym tonie                chwalenie się &#8211; a  czynią to zarówno dawni funkcjonariusze komunistyczni                w rodzaju Adama Schaffa, jak i redaktorzy <em>Polityki</em>, jak i obrońcy wybitniejszych postaci naszej kultury &#8211; pojedynczymi                aktami niepokory w całej historii realnego socjalizmu, albo dodatnim                saldem w grze z ustrojem komunistycznym. Coraz bardziej umyka świadomości                intelektualistów &#8211; zarówno z pokolenia młodszego, jak i starszego                &#8211; fakt realnych szkód, jakie duża część z nich wyrządziła w PRL-u                nie tylko polskiej humanistyce czy kulturze umysłowej, ale poszczególnym                ludziom. Owi inżynierowie dusz ludzkich starali się ingerować w                ich życie wewnętrzne, a więc w jedyną sferę, jaka mogła dawać ochronę                tym, którym przyszło żyć w komunizmie. Mieszali w umysłach, siali                wątpliwości, pragnęli przy pomocy swojego autorytetu wybić ludzi                z elementarnej pewności, że zło jest złem a dobro dobrem, i wreszcie,                co nie najbłahsze, odbierali ludziom tę nadzieję, jaka płynie z                wiary, że zło nie może mieć po swojej stronie rzeczników mądrości                i piękna.</p>
<p style="text-align: justify;">V.</p>
<p style="text-align: justify;">Obie hipotezy &#8211; Miłosza z jednej strony, a Herlinga                i Herberta z drugiej &#8211; zasługują na uwagę poważniejszą niż ta, jaką                im poświęcono; obie mają również niebanalne konsekwencje dla czasów                dzisiejszych. Zacznijmy od pierwszej z nich.</p>
<p style="text-align: justify;">Hipoteza Miłosza &#8211; mimo popularności <em>Zniewolonego umysłu</em> &#8211; nigdy nie była u                nas przedmiotem poważniejszej dyskusji                 i nie próbowano jej zweryfikować. Nie odpowiedziano na pytanie,                jak liczna grupa twórców uległa fascynacji koniecznością dziejową                oraz jak dalece wpłynęło to na stosunek do komunistycznej rzeczywistości.                Książka mniej interesowała polskich czytelników z racji przedstawionej                hipotezy, a bardziej z powodu zawartych tam czterech portretów psychologicznych                polskich pisarzy. Sporo komentarzy wywołała też kategoria &#8220;ketmana&#8221;,                która niewątpliwie nadawała pewnej szlachetności mało chwalebnym                działaniom intelektualistów; kazała w nich widzieć element gry polityczno-intelektualnej,                którą wprawdzie można było przegrać, lecz samo jej podjęcie świadczyło                o wewnętrznym męstwie.</p>
<p style="text-align: justify;">Kłopot z hipotezą Miłosza polega nie tylko na tym,                iż mogą być trudności z jej zweryfikowaniem; wydaje się nawet, iż                bardziej opisuje ona własne duchowe rozterki autora związane z koniecznością                historyczną niż sposób myślenia polskiej inteligencji tamtych lat<a href="http://www.omp.org.pl/index.php?module=subjects&amp;func=viewpage&amp;pageid=313#_ftn3">[3]</a>.                Poważniejszy kłopot tkwi w czym innym. Jeśli uwikłanie w komunizm                wyniknęło z pewnego błędu intelektualnego, to naturalnym byłoby                oczekiwanie jego naprawienia. Innymi słowy, naturalnym byłoby oczekiwanie,                iż analiza tego błędu, a tym samym analiza komunizmu będzie absorbować                znaczną część polskich intelektualistów przez następne lata i stanie                się dla nich ważnym wyzwaniem. Otóż nic takiego się nie stało<a href="http://www.omp.org.pl/index.php?module=subjects&amp;func=viewpage&amp;pageid=313#_ftn4">[4]</a>.                Refleksja nad komunizmem jest w Polsce nikła, a nieliczne książki,                jakie powstały zostały napisane przede wszystkim na emigracji. Jeśli                więc nasi pisarze, artyści i naukowcy popełnili błąd intelektualny                angażując się mocno w komunizm &#8211; co jak wiadomo, nie stanowi rzadkości                w tym stuleciu &#8211; to rzeczą bardziej zastanawiającą od tego zaangażowania                stanowi niechęć do refleksji nad nim. Namysł nad tym, co się zrobiło                źle stanowi wszak standardową reakcję intelektualną na wszelkie                błędy. A że takie działanie nie zostało podjęte, można domniemywać,                iż polska inteligencja albo nie zgadza się z tezą, iż angażując                się w komunizm popełniła błąd intelektualny, albo nie zrozumiała                jeszcze natury popełnionego błędu.</p>
<p style="text-align: justify;">W świetle powyższego staje się zrozumiałe,                dlaczego doszło w efekcie do rzeczy, która nie przestaje zdumiewać                piszącego te słowa, ale która najprawdopodobniej nie zdumiewa w                Polsce nikogo innego, a mianowicie, że komunizm &#8211; wraz ze swoim                politycznym upadkiem &#8211; zniknął z horyzontu poznawczego polskich                intelektualistów. Nie tylko nikt się nim nie zajmuje, ale można                odnieść wrażenie, iż doświadczenie komunistyczne w ogóle przestało                pobudzać wyobraźnią myślicieli i artystów; zostało najwidoczniej                uznane za coś zamkniętego, nieinteresującego, wręcz nudnego, treściowo                sterylnego, stosownego jedynie dla umysłów topornych lub obsesyjnych.                Ktoś, kto nie znałby Polski i  chciał                na podstawie, na przykład, współczesnej naszej literatury zrekonstruować                zbiorowe doświadczenie ostatnich dekad, ten nigdy by się domyślił,                iż przez niemal pół wieku żyliśmy w ustroju komunistycznym i dopiero                niedawno z nim się rozstaliśmy. Kiedy komunizm istniał, nie było                zewnętrznych warunków do jego analizowania; uniemożliwiała to cenzura,                trudny dostęp do źródeł, itd. Kiedy ustrój upadł, nikt się nim &#8211;                poza historykami &#8211; nie zajmuje, bo przecież go już nie ma. Co więcej,                pojawiły się za to elementy anty-antykomunizmu, przypominającego                swój zachodni odpowiednik. Polscy intelektualiści, mający inne doświadczenie                niż ich zachodni koledzy, doszli &#8211; a  przynajmniej niemała ich część &#8211; do podobnego stanu ducha, który                pozwala nie tylko unieważnić problem komunizmu, ale stworzyć wokół                rozważań nim atmosferę nieprzychylności i podejrzliwości.</p>
<p style="text-align: justify;">Owo &#8220;wybranie przyszłości&#8221; przez                dzisiejszych intelektualistów ma jeszcze i tę złą stronę, że wraz                z zarzuceniem analizy błędu intelektualnego tracą oni szansę wniesienia                czegoś istotnego do problematyki fundamentalnej dla całej kultury                zachodniej. Jeśli prawdziwa jest teza o mocnym osadzeniu komunizmu                w dziedzictwie europejskim oraz jeśli, jak sugerowałem powyżej,                duch rewolucji oraz idea humanizmu nadal inspirują współczesne myślenie,                to przez zamknięcie się na analizę intelektualnych związków naszej                kultury z komunizmem polscy autorzy zrezygnowali z uczestnictwa                w ważnym dramacie współczesności lub uznali, że nie mają nic do                powiedzenia. W ten sposób dochodzi do zmarnowania jednego z najbardziej                interesujących poznawczo doświadczeń zbiorowych<a href="http://www.omp.org.pl/index.php?module=subjects&amp;func=viewpage&amp;pageid=313#_ftn5">[5]</a>.                Czasy oczywiście nie są generalnie przychylne takim rozważaniom,                i być może nasi autorzy poddali się dominującej atmosferze oraz                środowiskowym modom. Jakiekolwiek byłyby przyczyny, wypada żałować,                iż niewiele zrobiono dla naświetlenia intelektualnego błędu, a tym                samym, intelektualnych podstaw komunizmu. Książka Miłosza i zawarta                tam hipoteza pozostają praktycznie jedynym liczącym się głosem w                tej kwestii.</p>
<p style="text-align: justify;">Do pewnego stopnia wygodniejsza dla intelektualistów                byłaby hipoteza tłumacząca oddanie komunizmowi strachem i moralnym                upadkiem. W trudnych sytuacjach ludzie zachowuję się często mało                chwalebnie, a gdy warunki wrócą do normy, okazują oni lepszą część                swojego charakteru. Hipoteza ta kompromitowałaby intelektualistów                moralnie &#8211; i jak wszyscy, którzy znaleźli się w takiej sytuacji,                mogliby oczekiwać przebaczenia &#8211; natomiast nie kompromitowałaby                ich intelektualnie; działali wszak w sytuacji terroru i, zdając                sobie sprawę z niegodziwości ustroju, byli zmuszani do robienia                rzeczy niegodnych. W sytuacji wolności &#8211; należy domniemywać &#8211; działaliby                inaczej.</p>
<p style="text-align: justify;">Ale na taką interpretację jest jeszcze mniejsza zgoda                wśród zainteresowanych, i to bynajmniej nie z powodu jej oczywistej                słabości. Słabość ta polega na zminimalizowaniu elementu intelektualnego                jako ważnej składowej akceptacji komunizmu; trudno wszak sobie wyobrazić,                by w przypadku intelektualistów taki element pierwotnej akceptacji                był całkowicie nieobecny. Przeczy temu fakt, że komunizm przyjmowali                radośnie twórcy zachodni, którzy żadnemu terrorowi nie byli poddani.                Przeczy temu również inny fakt, a mianowicie że gdy terror zniknął,                nie zniknęła niczym nie wymuszona spontaniczna apoteoza komunistycznej                ideologii. Oczywiście wszystko można tłumaczyć ludzką słabością,                ale nie sposób uwierzyć, by jakiś ładunek pozytywnego zaangażowania                ideowego nie odgrywał roli.</p>
<p style="text-align: justify;">Odrzucenie tej hipotezy wynika z faktu, iż intelektualiści                nie są w ogóle skłonni rozważać swojego postępowania w kategoriach                moralnego upadku i refleksji nad nim. Książki &#8211; nieliczne &#8211; publikowane                na ten temat i pokazujące moralną małość intelektualnych utrwalaczy                ustroju spotykają się z wyraźną wrogością. Gdy Zbigniew Herbert                w wywiadzie z Jackiem Trznadlem powiedział kilka ostrych słów pod                adresem swoich kolegów za ich postępowanie w okresie minionym, naraził                się niemal całemu środowisku. Pisarze poczuli się dotknięci i byli                oburzeni tak formą jak i treścią wypowiedzi. Można to oczywiście                tłumaczyć psychologicznie, a można także &#8211; jak zasugerowałem na                początku niniejszego szkicu &#8211; domniemywać, iż sądzą, że ich wcześniejsze                winy zostały odkupione późniejszą postawą oporu wobec komunizmu.                Taki argument w każdym razie &#8211; nawet jeśli nie bywa otwarcie wypowiadany                &#8211; wydaje się najbardziej stosowny i najmocniejszy.</p>
<p style="text-align: justify;">Istotnie, lata osiemdziesiąte zapiszą się jako chlubna                karta polskich intelektualistów. Środowisko w znaczącej swojej części                nie poddało się stanowi wojennemu w kulturze i w myśleniu, i zaangażowało                w niezależną działalność edukacyjną oraz wydawniczą. W tych czasach                dość ponurych życie intelektualne, stając się bastionem oporu, wzmacniało                duchowo tych, którzy w jakiś sposób z niego korzystali oraz dawało                poczucie moralnej regeneracji. Dobroczynne skutki zaangażowania                twórców w kulturę niezależną trudne są do przecenienia. Imponuje                również odwaga ludzi &#8211; najpierw nielicznych w latach siedemdziesiątych,                a później w następnej dekadzie coraz liczniejszych &#8211; którzy narażając                się na represje sprzeciwiali się ideologii komunistycznej i instytucjom                jej służącym.</p>
<p style="text-align: justify;">Ówcześni krytycy tego środowiska, tacy jak Mirosław                Dzielski i Bronisław Łagowski, dowodzili wszakże, iż opór miał przede                wszystkim charakter moralny &#8211; wręcz moralistyczny &#8211; a w mniejszym                stopniu wiązał się z intelektualną samodzielnością i poważnym ruchem                myśli. Nie zrodził on w każdym razie wielu doniosłych osiągnięć                pozwalających wniknąć w istotę komunizmu. Moralne odrzucenie &#8211; odruch                niewątpliwie autentyczny &#8211; korzystało w warstwie intelektualnej                z idei, które stworzyli myśliciele zachodni (od Hanny Arendt do                Alaina Besançona), nie wnosząc do nich, poza siłą przeżywania żywiącą                się uproszczeniami, żadnych nowych treści. Owa siła przeżywania                &#8211; która miała mieć skutki oczyszczające &#8211; była prawdopodobną przyczyną                nie tylko oburzenia na wypowiedź Herberta, ale w ogóle na gniewne                reakcje, jakie się wówczas pojawiły na wzmianki o przeszłym zaangażowaniu.                Już wtedy deprecjonowano jakąkolwiek wartość poznawczą takich rozważań                nazywając je &#8220;pornografią&#8221;.</p>
<p style="text-align: justify;"><em>Hańba domowa</em>, która wówczas się ukazała &#8211; a                 niedługo także inne książki (na przykład wspomnienia Jacka                Kuronia) &#8211; a która miała rzucić pewne światło na cały problem, przyniosła,                mimo obfitości interesującego materiału, pewne rozczarowanie. Niektórzy                z indagowanych autorów odpowiadali &#8211; ku osłupieniu części czytelników                &#8211; że dostrzegali pewną ciągłość moralną łączącą akt zaangażowania                w komunizm z aktem zaangażowania w opozycję przeciw komunizmowi.                W jednym i w drugim przypadku było to to samo pragnienie niesienia                pomocy człowiekowi, a więc to samo przesłanie humanistyczne. Autorzy                &#8211; stawiając tak niezwykłą tezę &#8211; najpewniej pomylili poczucie ciągłości                własnej tożsamości z ciągłością moralną swoich czynów. Jeśli szczerze                wierzą, że taka ciągłość by istniała, i opór przeciw komunizmowi                miał za sobą taką samą motywację moralną co komunistyczny entuzjazm,                to nie tylko podważają moralny sens swojej wspaniałej postawy w                latach osiemdziesiątych, nie tylko odrzucają tezę o moralnym upadku                w latach triumfującego komunizmu, ale sugerują, by patrzeć na nich                wówczas nie jak na intelektualistów, ale jak na naiwnych prostaczków,                którzy po prostu chcieli dobrze i nic więcej ich nie obchodziło.</p>
<p style="text-align: justify;">Owa ucieczka od zarzutu moralnego upadku w moralną                naiwność, a więc poniekąd i niewinność, jest nie tylko mało przekonująca,                ale dezawuuje późniejsze dokonania. Przyjmując, że poparcie dla                komunizmu było przypadkową konsekwencją silnej motywacji moralnej,                musimy przyjąć, iż opór przeciw komunizmowi był również przypadkową                konsekwencją tej samej silnej motywacji moralnej. A skoro impuls                oporu przeciw komunizmu i impuls aprobaty komunizmu był tym samym                impulsem humanistycznym, to potwierdza to, co już skonstatowaliśmy                poprzednio: impuls humanistyczny jest nieprzewidywalny i nie ma                gwarancji ku jakim celom zwróci się w przyszłości. Obserwując życie                współczesne, w Polsce i na zachodzie, musimy dojść do wniosku, że                impuls ten w środowisku intelektualistów nie osłabł, a oni sami                mają nadal pełne ręce roboty. Nie wiemy jednak, czy za parę lat,                podtrzymując wierność tej samej motywacji moralnej, będą skłonni                zaaprobować konsekwencje swoich dzisiejszych działań.</p>
<hr style="text-align: justify;" size="1" />
<p style="text-align: justify;"><a href="http://www.omp.org.pl/index.php?module=subjects&amp;func=viewpage&amp;pageid=313#_ftnref1">[1]</a> Literatura dotycząca tego problemu jest niezmiernie                  bogata. Oto najważniejsze pozycje: <em>Kravchenko versus Moscow</em>, London &amp; New York: Wingate 1950; Raymond                  Aron, <em>L&#8217;Opium des intellectuels,</em> Paris: Calmann-Lévy, 1955; George B. de Huszar (red.), <em>The Intellectuals</em>, Glencoe, Ill: Free press 1960 (m.in., teksty Friedricha                  Hayeka, Golo Manna, Petera Vierecka, Ortegi y Gasseta, Bertranda                  de Jouvenela, Seymoura Martina Lipseta, George&#8217;a Orwella i wielu                  innych); Thomas Molnar, <em>The                  Decline of the Intellectual</em>, Cleveland &amp; New York: The                  World Publishing Company, 1961; David Caute, <em>The Fellow-Travellers</em>, London: Weidenfeld                  &amp;Nicolson 1973; George Watson, &#8220;Were the Intellectuals Duped?                  The 1930s Revisited&#8221;, Encounter, December 1973 (przedruk w: G.                  Watson<em>, Politics and Literature in Modern Britain,</em> London: Macmillan 1977, ss. 46-70); Edward                   Shils, &#8220;Intellectuals and Their Discontents, American Scholar,                  Spring 1976, ss. 181-203; Paul Hollander<em>,                  Political Pilgrims; Travels of Western Intellectuals to the Soviet                  Union, China, and Cuba 1928-1978</em>, New York: Harper, 1981;                  Tony Judt, <em>Past Imperfect. French Intellectuals 1944-1956</em>,                  Berkeley: University of California Press 1992; François Furet,                  <em>Przeszłość pewnego złudzenia</em>, Warszawa:                  Volumen 1996.</p>
<p style="text-align: justify;"><a href="http://www.omp.org.pl/index.php?module=subjects&amp;func=viewpage&amp;pageid=313#_ftnref2">[2]</a> Patrz moja polemika dotycząca w tej kwestii z jednym                  z publicystów <em>Polityki</em> opublikowana w Życiu (11 lipca 1997).</p>
<p style="text-align: justify;"><a href="http://www.omp.org.pl/index.php?module=subjects&amp;func=viewpage&amp;pageid=313#_ftnref3">[3]</a> Pisałem o tym w mojej własnej analizie <em>Zniewolonego umysłu</em>, jaką przedstawiłem                  na marginesie komentarza do korespondencji między Miłoszem a Wańkowiczem.                  Szkic ukazał się w podziemnej <em>Arce</em>,                  a następnie został opublikowany w zbiorze esejów <em>Bez gniewu i uprzedzenia</em> (Paryż 1989).</p>
<p style="text-align: justify;"><a href="http://www.omp.org.pl/index.php?module=subjects&amp;func=viewpage&amp;pageid=313#_ftnref4">[4]</a> Jedyny wyjątek, jaki pamiętam, to eseistyka Kołakowskiego                  w latach sześćdziesiątych oparta, z grubsza, na przeciwstawienie                  kapłana i błazna: istotą komunizmu było intelektualne kapłaństwo,                  podczas gdy obroną przed nim jest postawa intelektualnego błazeństwa.                  Cokolwiek złego nie powiedzieć o tym pomyśle, przynajmniej stanowi                  on jakąś próbę zmierzenia się z problemem. Szkoda tylko, że jednocześnie                  mamy tu ukryte porachunki ze starym wrogiem komunizmu, Kościołem                  Katolickim. Odrębną kwestią są duchowe peregrynacje autorów, którzy                  wsławili się w przeszłości niezwykle</p>
<p style="text-align: justify;"><a href="http://www.omp.org.pl/index.php?module=subjects&amp;func=viewpage&amp;pageid=313#_ftnref5">[5]</a> Warto zauważyć, iż sytuacja zniewolenia w wieku dziewiętnastym                  zrodziła niezwykłą obfitość rozmaitych intelektualnych rozważań                  i to autorstwa najwybitniejszych naszych umysłów. Dlaczego komunistyczne                  zniewolenie okazało się mniej inspirujące można tylko domniemywać.                  Jednym z możliwych tropów byłoby wskazanie na fakt uwikłania intelektualistów                  w ideologię, która to zniewolenie sankcjonowała.</p>
<p style="text-align: justify;">* Teksty Autora są publikowane na tej stronie za jego wiedzą i zgodą. Źródło: http://www.omp.org.pl/index.php?module=subjects&amp;func=viewpage&amp;pageid=313 . Tekst pochodzi z książki &#8220;O czasach chytrych i prawdach pozornych&#8221; (Kraków 1999 rok). <span><strong> </strong></span></p>



Subskrybuj:


	<a rel="nofollow" target="_blank" href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2" title="RSS"><img src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/plugins/sociable/images/rss.png" title="RSS" alt="RSS" class="sociable-hovers" /></a>


<br/><br/>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2&amp;p=1975</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czy wolno Żyda postawić przed Trybunałem w Hadze?</title>
		<link>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1949</link>
		<comments>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1949#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 21 Mar 2010 16:26:35 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Pawel Paliwoda</dc:creator>
				<category><![CDATA[Politpoprawny kibuc]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1949</guid>
		<description><![CDATA[Ellie Wiesel rozgłasza po świecie: &#8220;Na tej ziemi skażonej i przeklętej żyją Polacy. A ci, którzy żyją na ziemi skażonej i przeklętej sami są skażeni i przeklęci.(&#8230;) Nie jest to zwykły przypadek, że obozy największej zagłady powstały u nich, w Polsce, a nie gdzie indziej&#8221;. &#8220;Więcej niż 3 mln Żydów zginęło w Polsce i Polacy [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="attachment_1948" class="wp-caption alignleft" style="width: 302px"><a href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/uploads/2010/03/222222222222222.png"><img class="size-medium wp-image-1948" src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/uploads/2010/03/222222222222222-292x300.png" alt="" width="292" height="300" /></a><p class="wp-caption-text">Ariel Szaron i George W. Bush</p></div>
<p style="text-align: justify;"><strong>Ellie Wiesel rozgłasza po świecie: &#8220;Na tej ziemi skażonej i przeklętej żyją Polacy. A ci, którzy żyją na ziemi skażonej i przeklętej sami są skażeni i przeklęci.(&#8230;) Nie jest to zwykły przypadek, że obozy największej zagłady powstały u nich, w Polsce, a nie gdzie indziej&#8221;. &#8220;Więcej niż 3 mln Żydów zginęło w Polsce i Polacy nie będą spadkobiercami polskich Żydów. Nigdy na to nie zezwolimy. (&#8230;) Jeżeli Polska nie zaspokoi żydowskich żądań, będzie publicznie poniżana i atakowana na forum międzynarodowym&#8221; &#8211; to Israel Singer z 19 kwietnia 1996 r. na Światowym Kongresie Żydów. Ale to tylko słowa. W Izraelu do dziś żyją mordercy, którzy masowo wyrzynali (albo jeszcze wyrzynają) Arabów, aby stworzyć państwo Izrael. „Bo opis zawarty w Pięcioksiągu przyznaje te ziemie Żydom”. Co za bzdura !!! Na tej zasadzie Niemcom należy się Wrocław i Szczecin, a Polakom Wilno, a może i Moskwa razem z Kremlem.<br />
</strong></p>
<p><span id="more-1949"></span></p>
<p>Niezwykle agresywna wobec Arabów polityka Izraela jest konsekwentnie wspierana przez USA (za czasów Sowietów miało to usprawiedliwienie). Władze Ameryki od kilkudziesięciu lat łożą gigantyczne, bezzwrotne środki na utrzymanie państwa Izrael (dotację sięgają 20 mld dolarów rocznie), dają się szpiegować i okradać z technologii wojskowych. A potem opowiadają światu idiotyzmy o 11 września, że to zawistne arabskie Południe chce dokonać aneksji bogatej Północy. Nie wierzmy w tę absurdalną propagandę! Bez nienawiści żydowsko (amerykańsko)-islamskiej nie byłoby żadnej „wojny cywilizacji”!!!</p>
<p>&#8220;Arabowie mogą mieć naftę, ale my mamy zapałki&#8221; – to słowa Ariela Szarona, kikukrotnego premiera Izraela i lidera partii Likud, zwanego „rzeźnikiem”. W latach 1951-52 Szaron był oficerem wywiadu wysokiej rangi. W 1953 roku zorganizował jednostkę specjalną &#8220;Jednostka 101&#8243;, nad którą objął dowodzenie. &#8220;Jednostka 101&#8243; dokonywała akcji przeciwko ludności cywilnej, co oznaczało mordowanie chłopów arabskich (por. książkę byłego agenta Mossadu V. Ostrovskiego i C. Hay „By Way of Deception”). Mimo to – a właściwie własnie dlatego &#8211; w 1966 roku otrzymał stopień generała i kierował wydziałem szkoleniowym w Sztabie Generalnym armii izraelskiej. Wielokrotnie uczestniczył w negocjacjach nad strategiczną współpracą ze Stanami Zjednoczonymi, a w 1985 roku podpisał porozumienie o wolnym handlu z USA, choć już wtedy Amerykanie dobrze wiedzieli o rzeźnickich postępkach Szarona.</p>
<p>W czasie inwazji Izraela na Liban (1982 rok) doszło do wielu aktów krwawej przemocy, m.in. masakry Palestyńczyków w palestyńskich obozach Sabra i Szatila, dokonanej przez maronicką Falangę. Wojnę tę strategicznie przygotował Ariel Szaron, ówczesny minister obrony. W obozach znajdowały się wyłącznie kobiety, dzieci i starcy, o czym wywiad Izraela nie mógł nie wiedzieć. Izraelczycy, którzy kontrolowali ten teren, otworzyli drogę falangistom do obozów. Przez popieraną przez Izrael – który dostarczał jej broni – Falangę zostało wymordowanych ok. 4 tys. bezbronnych ludzi. Nawet izraelska Komisja Kahane uznała, że to Szaron – któremu przypisuje się udział w przygotowaniu tej akcji, a w każdym razie pełną o jej planach wiedzę &#8211; pozwolił falangistom na wtargnięcie do obozów. Niektórzy badacze problemu i publicyści otwarcie oskarżają Szarona o świadome sprowokowanie masakry.</p>
<p>Rzeźnickie działania Szarona spotkały się w Izraelu z protestami społecznymi oraz krytyką polityków opozycji. Wskutek tego utracił on tekę ministra obrony. I na tym sprawa jego odpowiedzialności się zakończyła. Szybko zapomniano o tragedii w spacyfikowanych obozach. Po wyborach w 2001 roku Ariel Szaron został premierem. Rzeźnik otrzymał ponad 60 proc. głosów. Wielokrotnie wcześniej i później dzierżył najwyższe funkcje w Izraelu; m.in. teki ministrów różnych resortów (budownictwa, handlu, rolnictwa). Jako premier był goszczony przez głowy państw. Szczególnie ceniony w USA. Odwiedził także nasz kraj i był serdecznie witany przez polskich polityków (za rządów PD-SLD; z satysfakcją stwierdzam, że władze UW nie wyfasowały mu hołdowniczej tablicy z marmuru, jak to zrobiły w przypadku bandyty Menachema Begina &#8211; tablica wisi w hallu Audi Max).</p>
<p>W 2005 roku Szaron towarzyszył młodzieży izraelskiej podczas wizyty w byłym obozie koncentracyjnym Oświęcim-Brzezinka. Szaron jako autorytet i pedagog!!! Mówił wtedy do młodzieży żydowskiej: „Pamiętajcie zawsze o mordercach – nigdy nie zapominajcie o ofiarach”. I co tu się dziwić, że nie tylko w Izraelu mówi się o „polskich obozach koncentracyjnych”. Niby ma się to zmienić, ale czy ostatnia wizyta młodzieży żydowskiej w Polsce nie ograniczyła się znowu do wizyty w obozie w Płaszowie?</p>
<p>Nikt nie odważył się postawić rzeźnika przed międzynarodowym sądem. Co robiły w tej sprawie organizacje międzynarodowe? Dlaczego Szarona nie postawiono, tak jak Milosevicia, przed obliczem Trybunału Haskiego? Człowieka, który tak wiele zrobił, żeby podporządkować Bliski Wschód Izraelowi i doprowadzić m.in. Palestyńczyków do ostatecznej rozpaczy i determinacji. Nie wiem, czy Szaron jeszcze żyje. Od 2006 roku, po wylewie do mózgu, był w śpiączce. Fakt, że w ostatnim okresie aktywności politycznej dążył do porozumienia z Palestyńczykami, nie zmienia moralnej oceny jego politycznej kariery.</p>



Subskrybuj:


	<a rel="nofollow" target="_blank" href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2" title="RSS"><img src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/plugins/sociable/images/rss.png" title="RSS" alt="RSS" class="sociable-hovers" /></a>


<br/><br/>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2&amp;p=1949</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Krasnodębski: Hak na Kaczyńskich*</title>
		<link>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1828</link>
		<comments>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1828#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 10 Mar 2010 12:04:29 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Komentarz]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1828</guid>
		<description><![CDATA[Zdzisław Krasnodębski


Szum wokół sprawy haków na Sikorskiego miał przykryć przykre prawdy: o bankructwie polskiej polityki wschodniej i o interesach państwa Sobiesiaków z półpaństwem polskim – pisze filozof społeczny.




Była kiedyś taka głupia zabawa dla dzieci. Przegrywał ten, kto się pierwszy odezwał. Teraz w tę grę grają dorośli, całkiem dorośli. Gdy po nieoczekiwanej decyzji Donalda Tuska na [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="attachment_1827" class="wp-caption alignright" style="width: 310px"><a rel="attachment wp-att-1827" href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?attachment_id=1827"><img class="size-medium wp-image-1827" src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/uploads/2009/12/Krasnod000000-300x269.png" alt="" width="300" height="269" /></a><p class="wp-caption-text">Profesor Zdzisław Krasnodębski (fot. Tomasz Ozdoba)</p></div>
<p style="text-align: justify;"><span style="color: #0000ff;"><em>Zdzisław Krasnodębski</em></span></p>
<p style="text-align: justify;">
<p><!-- 		@page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } 		P { margin-bottom: 0.21cm } 		A:link { color: #000080; text-decoration: underline } --></p>
<h3 style="text-align: justify;"><strong>Szum wokół sprawy haków na Sikorskiego miał przykryć przykre prawdy: o bankructwie polskiej polityki wschodniej i o interesach państwa Sobiesiaków z półpaństwem polskim – pisze filozof społeczny.</strong></h3>
<p><strong><br />
</strong></p>
<p><strong><br />
</strong></p>
<p style="text-align: justify;"><span id="more-1828"></span>Była kiedyś taka głupia zabawa dla dzieci. Przegrywał ten, kto się pierwszy odezwał. Teraz w tę grę grają dorośli, całkiem dorośli. Gdy po nieoczekiwanej decyzji Donalda Tuska na placu boju pozostali dwaj kandydaci na kandydata Platformy, na dnie duszy licznych zwolenników, a nawet miłośników, tej promodernizacyjnej partii pozostał lekki niepokój, czy nie pojawiają się o nich negatywne informacje, które sprawią, że skazany rzekomo na porażkę Lech Kaczyński powtórnie obejmie urząd prezydenta.</p>
<p style="text-align: justify;">W Warszawie, mieście huczącym od plotek, rewelacji i pomówień, każdemu to i owo obiło się o uszy, zwłaszcza że obaj kandydaci mieli długą drogę do „głównego nurtu” i wiele musieli nad sobą pracować, by czuć się w nim jak ryby wodzie. Wystarczy przeczytać ostatni artykuł Igora Jankego o drodze politycznej Bronisława Komorowskiego („Rzeczpospolita”, 13 lutego 2010 r.), by się o tym przekonać. Wszyscy pamiętamy też awanturę, która towarzyszyła nominacji Radosława Sikorskiego na ministra spraw zagranicznych. Zapis superpoufnej rozmowy w najbardziej dźwiękoszczelnej kabinie RP ukazał się w „Dzienniku” i doprowadził ówczesnych redaktorów tej gazety niemal do spazmów, jakby już na zawsze miano im wyłączyć ciepłą wodę w kranie.</p>
<p style="text-align: justify;">Chodzi zapewne o sprawy nadmiernie rozdmuchane, o niesłuszne posądzenia, a najpewniej o zwykłe nieporozumienia. Nikt – poza bardzo wąskim kręgiem osób wtajemniczonych – nie wie dokładnie o co. Ale strach, że jakieś niepochlebne informacje mogą się pojawić, pogłębiany sondażami, spędzał sen z powiek „antykaczystom”, nagle pozbawionym swego sprawdzonego w bojach faworyta.</p>
<p style="text-align: justify;">Przecież w przeciwieństwie do obecnych pretendentów Donald Tusk przeszedł pozytywnie próbę kampanijnego ognia. Wiadomo już, że najmniejsza wzmianka o dziadku z Wehrmachtu obraża tysiące Pomorzan i Ślązaków, których dziadkowie zostali wcieleni pod przymusem do tej armii. Zwłaszcza że w dodatku niezbicie udowodniono, iż natychmiast uciekł on do armii Andersa, biorąc po drodze wielu jeńców, a może nawet sam powstrzymał niemiecką kontrofensywę w Ardenach. Zaczęto więc ostrzegać, że PiS na pewno wyciągnie haki i spekulować, o jakie też może chodzić, licząc na to, że ktoś się w końcu odezwie.</p>
<p style="text-align: justify;">Dzieckiem, które nie potrafiło się powściągnąć, okazał się Jarosław Kaczyński. Nie chodzi o to, co konkretnie powiedział, bo rzeczywiście nie powiedział nic, czego byśmy od dawna nie słyszeli. Chodziło o to, żeby coś powiedział. Wiadomo, że nikt nie zacytuje fragmentu o tym, że PiS będzie postępował zgodnie z prawem.</p>
<p style="text-align: justify;">Chodziło o dobrą sposobność do oburzenia, do salwy zaporowej. Od razu wszyscy zjednoczyli się w potępieniu. Znowu słyszymy, że wkrótce będą wyciągać z domów ludzi skutych w kajdanki, niewinnych jak dr G. i minister Kaczmarek. Niektórzy już pakują szczoteczki do zębów.</p>
<p style="text-align: justify;">A jak by to zrobiono w Platformie, partii modernizacyjnej? Oddelegowano by do testowania reakcji opinii publicznej posłów Palikota czy Karpiniuka, aby potem wyrazić ubolewanie z powodu ich „niefortunnych wypowiedzi”. Teraz w ich zastępstwie spektakularnie uczynnił się mecenas Giertych. W najbliższym miesiącu może liczyć na wiele medialnych zaproszeń.</p>
<p style="text-align: justify;">Sprawa haków przykryła przykre prawdy – o bankructwie polskiej polityki wschodniej i o interesach państwa Sobiesiaków z półpaństwem polskim. Bo też hak na Sikorskiego i innych był w gruncie rzeczy hakiem na haki, hakiem na Kaczyńskich. Niestety, skutecznym. Czekamy więc tylko, by ktoś z PiS mniej zręcznie niż „najbardziej barwny poseł PO” wyraził wątpliwość co do którejś z kandydatek na posadę pierwszej damy. Wtedy do kampanii w Polsce będą mogły się włączyć media zagraniczne.</p>
<p style="text-align: justify;">*  Teksty profesora Zdzisława Krasnodębskiego są publikowane na tej stronie za Jego wiedzą i zgodą; źródło:    http://www.rp.pl/artykul/9133,435683_Krasnodebski__Hak_na_Kaczynskich.html</p>



Subskrybuj:


	<a rel="nofollow" target="_blank" href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2" title="RSS"><img src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/plugins/sociable/images/rss.png" title="RSS" alt="RSS" class="sociable-hovers" /></a>


<br/><br/>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2&amp;p=1828</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>tad9: Kapuściński i Passent*</title>
		<link>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1969</link>
		<comments>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1969#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 06 Mar 2010 20:46:07 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Elita PRL-bis]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1969</guid>
		<description><![CDATA[tad9
Przeczytałem (doczytuję) „Kapuścińskiego non-fiction” i nie żałuję&#8230; Jeszcze przed wydaniem książki wtajemniczeni donosili, że pokaże ona Kapuścińskiego jako tzw. prawdziwego człowieka, z czego można było wnosić, że Domosławski opisał sytuacje, w których jego bohater zachowuje się jak świnia. I faktycznie &#8211; Domosławski takie sytuacje opisał, w związku z czym nie dziwmy się wdowie, że chciała [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="attachment_1968" class="wp-caption alignleft" style="width: 310px"><a href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/uploads/2010/03/Kapucha22.png"><img class="size-medium wp-image-1968" src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/uploads/2010/03/Kapucha22-300x300.png" alt="" width="300" height="300" /></a><p class="wp-caption-text">Facet, który potrafi wykręcić numer</p></div>
<p style="text-align: justify;"><span style="color: #0000ff;">tad9</span></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Przeczytałem (doczytuję) „Kapuścińskiego non-fiction” i nie żałuję&#8230; Jeszcze przed wydaniem książki wtajemniczeni donosili, że pokaże ona Kapuścińskiego jako tzw. prawdziwego człowieka, z czego można było wnosić, że Domosławski opisał sytuacje, w których jego bohater zachowuje się jak świnia. I faktycznie &#8211; Domosławski takie sytuacje opisał, w związku z czym nie dziwmy się wdowie, że chciała wydanie książki zablokować. Ale nie dziwmy się też &#8211; na przykład &#8211; Danielowi Passentowi, który Domosławskiego i jego dzieło wyniósł pod niebiosa. Bo rację ma Bronisław Wildstein twierdząc, że &#8220;Kapuściński non-fiction&#8221; rehabilituje PRL. Dodajmy, że Domosławski poszedł tu dalej niż ktokolwiek inny (przynajmniej z kręgu &#8220;Gazety Wyborczej&#8221;) skoro z jego książki dowiadujemy się, że nawet moczaryzm miał oświecone skrzydło, jeśli zaś chodzi o PRL-owskie pisma i ich stosunek do strasznego &#8220;marca&#8221;, to w miejsce stosowanego dotąd podziału na pisma, które się nie umoczyły (&#8220;Polityka&#8221;, &#8220;Tygodnik Powszechny&#8221;) i pisma &#8220;umoczone&#8221; (cała reszta?) pojawia się podział nowy z kategorią pośrednią, obejmującą takie gazety, które &#8220;nie skurwiły się do końca&#8221;. I właśnie &#8220;Kultura&#8221;, w której pracował Kapuściński, miała być takim pismem &#8211; co poświadcza Maciej Wierzyński, też niegdyś w &#8220;Kulturze&#8221; pracujący (a dziś &#8211; zdaje się &#8211; objaśniający widzom TVN24 sprawy wielkiego świata&#8230;).</strong></p>
<p style="text-align: justify;">
<p style="text-align: justify;"><strong><span id="more-1969"></span></strong></p>
<p>Nie trzeba być wybitnym znawcą ludzkiej natury i historii &#8220;realnego socjalizmu&#8221;, by odgadnąć, że takie postawienie sprawy to miód na serce tych wszystkich, którzy za &#8220;Polski Ludowej&#8221; palili diabłu świeczkę. Teraz każdy ówczesny ślizgacz &#8211; z królem ślizgaczy Danielem Passentem na czele &#8211; będzie mógł wołać: &#8220;Chcecie prawdy o mnie? Czytajcie Domosławskiego!&#8221;. Ale to, co podoba się passentopodobnym, nie musi podobać się komuś innemu i nie mam tu na myśli antykomunistów i &#8220;lustratorów&#8221;, na których wyrzeka Domosławski, jeno &#8211; &#8220;lewicę laicką&#8221;. To ona ma z ujęciem Domosławskiego kłopot, czy raczej &#8211; miałaby go, gdyby w tym kółku toczyły się debaty inne poza rytualnymi. Dotąd bowiem przekaz tego środowiska był taki: złudzenia co do możliwości urządzenia &#8220;socjalizmu z ludzką twarzą&#8221; skonały ostatecznie w 1968 roku. Lewicowi idealiści przestają wtedy uważać PRL za &#8220;swoje państwo&#8221; (a przynajmniej zaczynają się do tego skłaniać), partia komunistyczna zaś faktycznie okazuje się dziedziczką ONR (jak wieszczył Miłosz). Domosławski tymczasem wnosi tu daleko idącą korektę, która &#8220;lewicy laickiej&#8221; nie musi być w smak. Bo skoro &#8211; jak to wygląda u Domosławskiego &#8211; &#8220;Polska Ludowa&#8221; była lewicowym projektem mogącym uwodzić idealistę (czyli &#8211; Kapuścińskiego) przynajmniej do lat 80. ubiegłego wieku, to jak w tym świetle wyglądają lewicowi kontestatorzy PRL? Teza, że Kapuściński miał inną perspektywę, jako że dla niego punktem odniesienia był mało przyjemny kapitalizm w krajach Ameryki Łacińskiej jest ryzykowna, bo wynika z niej, że &#8220;lewica laicka&#8221; kontestowała PRL z powodu swojej zaściankowości. Gdyby Kuroń więcej pojeździł po świecie (zwłaszcza tym &#8220;trzecim&#8221;), to &#8211; kto wie? &#8211; może też zmieniłby zdanie o &#8220;Polsce Ludowej&#8221; (przywołuję nazwisko Kuronia bo w książce Domosławskiego Kapuściński jest z nim zestawiany w kontekście &#8220;wrażliwości społecznej&#8221;)?</p>
<p>Wszystko to sprawia, że &#8220;lewica laicka&#8221; powinna zakwestionować albo spostrzegawczość Kapuścińskiego, albo jego idealizm. O to drugie zresztą nietrudno, bo Domosławski dostarcza nam całej masy faktów pozwalających ocenić Kapuścińskiego jako &#8211; w najlepszym razie &#8211; &#8220;idealistę eksportowego&#8221;: w Ameryce Łacińskiej entuzjazmował się różnymi rewolucjami, a w PRL trzymał z władzą. Z każdą władzą, bo gdy nadeszła &#8220;transformacja ustrojowa&#8221; Kapuściński przestaje poznawać część dawnych znajomych, entuzjazmuje się Mazowieckim, chwali  Balcerowicza, głosuje na Unię Demokratyczną i wyrzuca ze słownika terminy w rodzaju &#8220;imperializm&#8221;&#8230; W zamian dostaje to, co zawsze, to jest status gwiazdy i autorytetu. I &#8211; oczywiście &#8211; brak pytań o przeszłość. Swoją drogą ciekawe, ile zostałoby z tego statusu Kapuścińskiego, gdyby choć raz w życiu postanowił nie płynąć z prądem i począł &#8211; z pozycji &#8220;lewicowego idealisty&#8221; &#8211; piętnować &#8220;transformację ustrojową&#8221;. A miał do tego pewien potencjał. Weźmy taki kawałek analizy Kapuścińskiego napisanej niegdyś dla Biuletynu PAP: &#8220;Istota problemów w Ekwadorze (jak i całej Ameryce Łacińskiej) polega na tym, że historycznie biorąc, najpierw istniała w tych krajach oligarchia, a dopiero potem powstały niepodległe (czy tzw. niepodległe) państwa. Oligarchia więc mogła budować model i strukturę władzy wedle własnych potrzeb i interesów. W tej dziedzinie szczególną wagę miało stworzenie mechanizmów, które trzymałyby to państwo na usługach oligarchi&#8230;&#8221; (&#8220;Kapuściński non-fiction&#8221;, s.309). Opis wydaje się dziwnie znajomy. Wystarczy wsadzić Polskę w miejsce Ekwadoru, a &#8220;oligarchię&#8221; zmienić w &#8220;monopartię&#8221; czy &#8220;oligarchię partyjną&#8221;&#8230; No tak, ale w PRL i III RP oligarchami byli kumple&#8230; Nawiasem mówiąc, dzięki książce Domosławskiego raz jeszcze możemy się przekonać jak małym światkiem była (jest?) Warszawa. Wszyscy się tam znali z uniwersytetu (jeśli nie z przedszkola&#8230;), ZMP, partii, redakcji paru pism i z knajp, a gdyby dokładniej zrekonstruować sieć kochanek i kochanków to też pewnie dostalibyśmy ciekawy obrazek. Efekt tego był &#8211; na przykład taki &#8211; że o Kapuścińskim nie można było przeczytać złego słowa, bo znał on wszystkich &#8220;ważniejszych recenzentów&#8221;. Rzecz jasna owe sitwy i kliki przeszły tanecznym krokiem z &#8220;Polski Ludowej&#8221; do III RP i mają się po dziś dzień jak pączki w maśle, ale o tym już &#8211; niestety &#8211; Domosławski nie pisze.</p>
<p>Wracajmy jednak do &#8220;lewicy laickiej&#8221; i jej &#8211; ewentualnych &#8211; kłopotów z przekazem Domosławskiego. Otóż, nie wydaje się, żeby chciało się jej z Domosławskim pokłócić o PRL. Od wydania książki minęły już ze dwa tygodnie, mamy – jak raz – rocznicę strasznego „marca” a głosów kwestionujących (pół)rehabilitację intelektualną moczaryzmu nie słychać. A jeśli nawet (niektórzy) moczarowcy mogą być zbawieni, to kto nie może?  Chyba teraz przyjdzie pora na jakąś – odważniejszą – formę rehabilitacji „stalinizmu” i (co pewniejsze) KPP. Usłyszmy, że „stalinizm” miał pewne przegięcia, ale przecież jakoś modernizował te ciemne masy, a członkowie KPP to byli idealiści&#8230; Rzecz przeprowadzi jakiś młody autor – może z kręgu „Krytyki Politycznej” – Daniel Passent się ucieszy, a „lewica laicka” nie zaprotestuje&#8230;</p>
<p>*  Teksty Autora ukazują się na tej stronie za Jego wiedzą i zgodą; źródło: http://perlyprzedwieprze.salon24.pl/</p>



Subskrybuj:


	<a rel="nofollow" target="_blank" href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2" title="RSS"><img src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/plugins/sociable/images/rss.png" title="RSS" alt="RSS" class="sociable-hovers" /></a>


<br/><br/>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2&amp;p=1969</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Czy istnieją święci i łajdacy?</title>
		<link>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1661</link>
		<comments>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1661#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 04 Mar 2010 03:55:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Pawel Paliwoda</dc:creator>
				<category><![CDATA[Idee]]></category>
		<category><![CDATA[David Hume]]></category>
		<category><![CDATA[epistemologia]]></category>
		<category><![CDATA[Oliver Stone]]></category>
		<category><![CDATA[Volker Schloendorff]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1661</guid>
		<description><![CDATA[

 Niebo nad Berlinem, reż. Volker Schloendorff     Urodzeni mordercy, reż. Oliver Stone




Co jest lepsze: twórczość Gretkowskiej czy Dostojewskiego, „Urodzeni mordercy” czy „Niebo nad Berlinem”? Jednym z najmniej mądrych, a równocześnie najbardziej rozpanoszonych przesądów jest twierdzenie, że o gustach się nie dyskutuje. Tak? A o czym mamy dyskutować? O tym, czy pierwiastek kwadratowy z „2” jest [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a rel="attachment wp-att-1662" href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?attachment_id=1662"><img class="alignright size-medium wp-image-1662" src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/uploads/2009/11/killers3-300x271.png" alt="" width="327" height="307" /></a><a rel="attachment wp-att-1659" href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?attachment_id=1659"><img class="size-medium wp-image-1659" src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/uploads/2009/11/Niebo-283x300.png" alt="" width="304" height="307" /></a></p>
<p><!-- 		@page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } 		P { margin-bottom: 0.21cm } --></p>
<p style="margin-bottom: 0cm;"><em> Niebo nad Berlinem, </em>reż. Volker Schloendorff    <em> Urodzeni mordercy, </em>reż. Oliver Stone<em><br />
</em></p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;"><strong>Co jest lepsze: twórczość Gretkowskiej czy Dostojewskiego, „Urodzeni mordercy” czy „Niebo nad Berlinem”? Jednym z najmniej mądrych, a równocześnie najbardziej rozpanoszonych przesądów jest twierdzenie, że o gustach się nie dyskutuje. Tak? A o czym mamy dyskutować? O tym, czy pierwiastek kwadratowy z „2” jest liczbą wymierną? Kwestia epistemologicznego statusu sądów wartościujących jest fundamentalną kwestią cywilizacyjną. Ustroje i systemy, które rezygnują z formułowania mocnych sądów ocennych, osłabiają swoje sądownictwo, policję i cały wymiar sprawiedliwości. Rządzący zaś zamieniają się w fircyków, którzy sprawnie dostosowują się do obowiązującego w polityce kanonu estetycznego. Wybory wygrywają bowiem gładcy i sympatyczni mówcy, przegrywają zaś przepełnieni poczuciem misji ludzie, na których twarzach maluje się niepokój i smutek.</strong></p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;"><strong><span id="more-1661"></span></strong></p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">Już kategorie „lepszy”, „gorszy” doprowadzają lewaków do furii. Eksponując jedną rzecz, dokonujemy przecież automatycznej „dyskryminacji” innych. A rzekomo nie ma w istocie żadnych podstaw do formułowania sądów ocennych ufundowanych na czymkolwiek innym niż nasze stany psychiczne. Tego inspiruje i zachwyca krycyfiks w nocniku, innego nie. Ale podstaw, aby piętnować działalność całych hord Nieznalskich czy Kozyr tak naprawdę nie ma. No i co z tego, że może to obrażać czyjeś uczucia religijne? A moje uczucia – może ktoś wywodzić – obraża szpetota miejscowego kościoła. Tam, gdzie w grę wchodzą kategorie estetyczne – a większość fenomenów dnia codziennego zawiera takie konotacje – spory na temat obecności pewnych treści w przestrzeni publicznej powinny być zawieszone. No, ale są wyjątki! Jeżeli w urynie wystawiona zostanie w państwowej (czy innej) galerii gwiazda Dawida, to zmienia to postać rzeczy. Wtedy już nie mówi się o estetyce i wolności „artysty”, ale o antysemityzmie. Jeżeli ktoś podobną akcję chciałby przeprowadzić z muzułmańskim symbolem religijnym (na wszelki wypadek nawet go nie nazywam), dostaje kulkę w czaszkę – i już po dyskusji.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">Postępowcy żerują bezczelnie – bo arbitralnie i jednostronnie czyniąc zeń użytek – na rozróżnieniu, którego dokonał David Hume (1711-1776). Sądy wartościujące nie są sądami emiprycznymi w sensie naukowym. Owszem, odnoszą się do pewnej rzeczywistości – psychicznej – ale dlatego nie podlegają intersubiektywizacji (jak sądy o faktach dostępnych powszechnie) i zachowują status sądów subiektywnych, w żaden sposób niesprawdzalnych. Tobie wydaje się to, a mnie tamto. I dobrze, jeżeli wyznajemy zasadę tolerancji. W ten sposób w liberalnej demokracji może funkcjonować obok siebie nieskończona liczba sądów ocennych, wśród których są sądy sprzeczne.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">Dlaczego przesąd Hume&#8217;a tak się upowszechnił w dzisiejszej filozofii? Odpowiedź daje na to inne pytanie: „Czy ten człowiek jest dobry?”. Dobry? &#8211; zapytają lewacy. Może tak, może nie. To zależy od tego, czy spełnia kryteria przyjęte w danym czasie i danej społeczności. Co jest dobrem w rozumieniu nowojorskiej bohemy, nie musi być dobre w rozumieniu plemion żyjących w dżungli amazońskiej. Ale i w NY, i wśród buszmenów zdanie powyższe nie jest, ściśle biorąc, zdaniem w sensie logicznym. Nie daje się mu bowiem przypisać żadnej z dwóch wartości logicznych: prawda, fałsz. A dlaczego? Bo nie ma zbioru kryteriów, na mocy których dałoby się ocenić, czy człowiek jest dobry czy zły (w innej stylizacji językowej: czy jego czyny są dobre, czy złe).</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">Możemy zatem oceniać rządy, narządy i przyrządy – i nie są to wtedy wypowiedzi stricte oceniające, mamy bowiem empiryczne kryteria informujące, co znaczy, że młynek do kawy jest dobry (czy zły), czy nasz wzrok jest dobry (czy zły), czy rząd sprawuje władzę dobrze, czy źle (wybory parlamentarne). Pomijając ten ostatni przykład, w ocenie którego rządzą często emocje i czynniki pozamerytoryczne, pozostałe przykłady nie budzą niczyjej wątpliwości. Dobry młynek to taki, który skutecznie miele kawę. Jeżeli ten oto konkretny młynek zakupiony przez nas wczoraj, kiepsko mieli, wypuszczając kawałki ziaren, jeżeli sypie się z niego zawartość, jeżeli jego obsługa wymaga nadzwyczajnej siły, powiemy w sposób uprawniony, że jest to zły młynek (czyli po prostu do bani). Dlaczego tak samo nie jest z ludzkimi działaniami?</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">Nie istnieje bowiem zbiór kryteriów, który pozwoliłby nam formułować kategoryczne sądy oceniające. Kwestionuje się, aby istniała w przypadku ludzi i ich działań taka „funkcja”, którą dana osoba powinna spełniać, aby być „dobrą”. Oczywiście w sensie względnym, sytuacyjnym, określonym kulturowo przez niepisany obyczaj i prawo stanowione, daną osobę wolno nam – na to lewacy nam zezwalają – użyć takiego sformułowania. W istocie jednak używają go oni nagminnie i to nie „w sensie w sensie względnym, sytuacyjnym, określonym kulturowo przez niepisany obyczaj i prawo stanowione”, ale w trybie stanowczym, apodyktycznym, kategorycznym. Widać to ewidentnie wszędzie tam, gdzie w grę wchodzą etyczne i estetyczne uwrażliwienia lewaków (i nie tylko). Czy ktoś z nich ośmieli się powiedzieć, że holocaust nie był złem moralnym? Czy zakwestionują moralne potępienie „molestowania seksualnego” przez księdza z Koziej Wólki?</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">Problem sądów wartościujących w antropologii to kwestia unieważnienia poglądu, iż istnieje ponad historyczny, obiektywny zbiór moralnych dyrektyw, zakazów, nakazów i zaleceń, które wytyczają człowiekowi sposoby postępowania, określając jego funkcję na ziemi, tak jak instrukcja obsługi młynka do kawy uszczegóławia jego cele i sposób działania. Logicznie pierwotny więc wobec zarzutów Hume&#8217;a jest rozstrzygnięcie o charakterze fundamentalnie poznawczym. Czy istnieje i jest poznawalny kanon wartości etycznych oraz zbiór dyrektyw wykonawczych, instruujący o dobrych sposobach działania człowieka. Jeżeli się istnienie powyższych bytów kwestionuje, pozostaje przyjąć zalecenia Hume&#8217;a. Nie mają one jednak charakteru  logicznego, o ile nie są podbudowane założeniami ideologicznymi i światopoglądowymi.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">Strategia hume&#8217;owska prowadzi do destrukcji dyskursu etycznego i poważnego dyskursu estetycznego. Zaciera się granica między symfoniami Mozarta a pisenkami Dody. Wszystko jest równocenne – i po co to zmieniać? Po co dyskryminować wielbicieli Dody, którzy o Mozarcie nie słyszeli, a za nią oddaliby życie? Czy to nie okrutne? Zauważmy także, że przeniesieniu dyskursu etycznego w obszar „psychologicznych preferencji” nadaje mu powierzchownie estetyczny charakter. Zanikają pytania w rodzaju” „Czy pornografia jest szkodliwa?”, wypierane coraz częściej przez pytania w rodzaju; „Jakie wrażenie robi na tobie hard porno?”, „Czy lubicie oglądać porno we dwójkę?” etc. Poważne pytania zostają spsychologizowane i zredukowane do subiektywnych prezentacji jednostkowych stanów psychicznych.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">Na zakończenie powiem mocno: ludzie pozbawieni zdolności sądzenia z oczywistością – pisałem o tym w tekście &#8230; &#8211; są umysłowo niepełnosprawni i nie są dysponowani ani do opisywania rzeczywistości, ani do zarządzania nią. Jednak o ile kulturowo są porządnie przysposobieni do życia, wychowani we właściwym systemie wartości (tak, „właściwym”, istnieją bowiem systemy całkowicie niewłaściwe; niech relatywiści-nihiliści powiedzą publicznie, że system wychowawczy w nazistowskich Niemczech albo Komsomoł w Sowietach były dobrymi systemami wychowawczymi), mogą prawidłowo i etycznie funkcjonować w świecie. System demokracji liberalnej jest szczególnie nieprzydatny w wyłanianiu jednostek intelektualnie przygotowanych do kształtowania opinii publicznej oraz rządzenia. U jego podstaw leży konkurs wyłaniania politycznych Miss czy Misterów zewnętrznej elegancji i werbalnej sprawności. Ale w jaki sposób demokratyczne wybory miałyby wyłaniać ludzi naprawdę mądrych, skoro swoista teologia demokracji (traktowanej jako wartość najwyższa) wyklucza rozróżnienie na głupców i mędrców? Oczywiście czyni to tendencyjnie i w sposób skrajnie zakłamany. W istocie bowiem liberalni lewicowcy wypowiadają tysiące kategorycznych sądów ocennych, mają swoich bożków i idoli oraz swoje resentymenty, którym także dają wyraz w sposó niepohamowany własnymi zakazami.</p>
<p>Ideologia wykluczania sądów wartościujących z poważnego dyskursu publicznego prowadzi do całkowitego zaniku owego dyskursu. Świadomością i podświadomością zbiorową zaczynają sterować ci, którzy w najsprytniejszy sposób są w stanie opanować kanały informacyjne, którymi transmituje się do społeczeństwa dowolną ideologię, korzystną dla opiniotwórczej elity. Taki jest skutek atomizacji społeczeństwa pod hasłem wolności i samorealizacji jednostki. To samotny i ogłupiały tłum, którym łatwo może sterować niewielka, świadoma swoich celów, zdeterminowana grupa scalana politycznie, materialnym interesem, etnicznym pochodzeniem itp. Demokracja wyzuta z mocnej aksjologii przeistacza się w quasi-liberalny zamordyzm. Wyraźne oznaki tego mamy obecnie w Polsce. Autor ideologicznie niepoprawnej książki, w której pojawiły się sądy wartościujące ujemnie kwalifikujące reanimowanego przez liberalną lewicę bożka, zamiast pisać doktorat na uniwersytecie, obsługuje wózek widłowy w jakiejś firmie. Tzw. spiskowa teoria dziejów jest w złożonych konfiguracjach ideowo-politycznych często niezbędnym modelem wyjaśniającym, który teoretyczność traci wraz z drobiazgową, uporczywą analizą poszczególnych składników tejże konfiguracji. Ale aby ją rozpocząć i doprowadzić do końca, potrzebna jest duża odwaga i wytrzymałość badacza. Jednak lepiej być bogatym i sławnym, niż biednym i zepchniętym na prestiżowy margines społeczeństwa. Dlatego tak mało jest Cenckiewiczów, Gontarczyków czy Zyzaków, a tak wielu Friszke&#8217;ów.</p>
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">
<p style="margin-bottom: 0cm;">



Subskrybuj:


	<a rel="nofollow" target="_blank" href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2" title="RSS"><img src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/plugins/sociable/images/rss.png" title="RSS" alt="RSS" class="sociable-hovers" /></a>


<br/><br/>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2&amp;p=1661</wfw:commentRss>
		<slash:comments>3</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Krasnodębski: Rewolucja Tuska*</title>
		<link>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1497</link>
		<comments>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1497#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 02 Mar 2010 12:00:04 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Polityka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1497</guid>
		<description><![CDATA[
Zdzisław Krasnodębski
Wielki, coraz bardziej realny sukces Platformy zagraża polskiej demokracji.


Narzeka się często na brak konkretnych osiągnięć rządów PO. Niedawno Rafał Ziemkiewicz napisał w „Rz&#8221;, że jest to najgorszy rząd dwudziestolecia. Ale pod rządami Donalda Tuska dokonuje się jednak zasadnicza przemiana polskiej polityki. Gdyby się okazała trwała, Polska już nie będzie taka sama.
Rewolucja ta wyraża się [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="attachment_1496" class="wp-caption alignleft" style="width: 340px"><a rel="attachment wp-att-1496" href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?attachment_id=1496"><img class="size-full wp-image-1496" src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/uploads/2009/10/Krsnodębsk-best.png" alt="" width="330" height="466" /></a><p class="wp-caption-text">Profesor Zdzisław Krasnodębski (fot. &quot;Nasz Dziennik&quot;)</p></div>
<p><!-- 		@page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } 		P { margin-bottom: 0.21cm } 		H2 { margin-bottom: 0.21cm; page-break-after: avoid } 		H2.western { font-family: "Times New Roman", serif; font-size: 18pt; font-weight: bold } 		H2.cjk { font-family: "Lucida Sans Unicode"; font-size: 18pt; font-weight: bold } 		H2.ctl { font-family: "Tahoma"; font-size: 18pt; font-weight: bold } 		A:link { color: #000080; text-decoration: underline } --></p>
<h3><em>Zdzisław Krasnodębski</em></h3>
<h3 style="text-align: right;"><span style="color: #0000ff;">Wielki, coraz bardziej realny sukces Platformy zagraża polskiej demokracji.</span></h3>
<p><span style="color: #0000ff;"><br />
</span></p>
<p style="text-align: right;"><strong>Narzeka się często na brak konkretnych osiągnięć rządów PO. Niedawno Rafał Ziemkiewicz napisał w „Rz&#8221;, że jest to najgorszy rząd dwudziestolecia. Ale pod rządami Donalda Tuska dokonuje się jednak zasadnicza przemiana polskiej polityki. Gdyby się okazała trwała, Polska już nie będzie taka sama.</strong></p>
<p style="text-align: right;"><strong>Rewolucja ta wyraża się w liczbach. Według wielu badań z ostatniego roku Polacy dobrze zdają sobie sprawę z tego, że rząd Tuska nie może pochwalić się realnymi sukcesami. Według jednego z sondaży 79 proc. badanych nie było w stanie podać żadnego problemu, który rozwiązał rząd. A mimo to Polacy wydają się w swojej większości nadal niezmiernie zadowoleni z dokonanego w 2007 r. wyboru. W tym samym sondażu aż 54 proc. badanych deklarowało, że popiera PO. Wygląda więc na to, że pierwszy raz większość Polaków nie oczekuje od rządzących tego, czego obywatele wymagają zazwyczaj od rządów w krajach demokratycznych &#8211; rozwiązywania problemów. Co więcej, wydaje się, że ten rząd nie oczekuje też tego od siebie &#8211; co najwyżej byłby skłonny zająć się nimi w przyszłości lub scedować je na społeczeństwo. Determinację rząd Tuska wykazywał tylko w dwóch sprawach &#8211; mediów publicznych oraz prywatyzacji szpitali, ale obu na szczęście nie doprowadził na razie do końca.</strong></p>
<p style="text-align: right;">
<p><strong><span id="more-1497"></span></strong></p>
<p><strong>Wystarczy dobra prezencja</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Oczywiście zdolność do rozwiązywania problemów nigdy nie była silną stroną polskiej polityki, a w kampaniach obiecywano co popadnie. Leszek Miller zapowiadał nawet, że na wierzbach wyrosną gruszki. Potem niemal wszyscy rządzili mniej więcej tak samo. Ale dzisiaj polityczna indolencja, nazwana szumnie, lecz niedorzecznie postpolitycznością, została podniesiona do rangi doktryny państwowej i zaakceptowana społecznie.</p>
<p style="text-align: justify;">Czego więc Polacy oczekują od rządu? Po pierwsze, żeby dobrze wypadał, dobrze ich reprezentował i nie przynosił im wstydu &#8211; a dokładnie mówiąc tego, co w ich oczach uchodzi za wstyd. Po drugie, żeby zostawił ich w spokoju, jeśli tylko nie zagrozi im kryzys gospodarczy. A po trzecie, by zapewnił im rozrywkę przez gnębienie i piętnowanie tych, którzy zostali uznani za wrogów publicznych.</p>
<p style="text-align: justify;">Rządy PiS w niestabilnej koalicji z Samoobroną i LPR nie robiły dobrego wrażenia. Media się starały jak mogły, by to złe wrażenie pogłębić. Przez ostatnie półtora roku dodatkowo jeszcze przeczerniano przeszłość, zmieniając ją w zupełną karykaturę. Sam PiS zrobił zbyt mało, by się temu przeciwstawić. Na przykład nie sporządził własnego bilansu zamknięcia, nie spróbował zbudować własnej przekonującej kontrnarracji lat 2005 &#8211; 2007, która nie ograniczałaby się tylko do słusznych, ale bezradnych, narzekań na media. Oczywiście byłoby to trudne. Trauma porażki była wielka, a przeciwnicy polityczni zastosowali jedną z najbardziej skutecznych w polskich warunkach broni &#8211; ośmieszanie i drwiny.</p>
<p style="text-align: justify;">Warto dodać, że dobre reprezentowanie w odczuciu większości Polaków sprowadza się do tego, żeby się dobrze prezentować &#8211; w kraju i za granicą. Na tym przecież polegał fenomen popularności Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich. Od tego czasu niewiele się zmieniło. Popularność Radosława Sikorskiego czy Donalda Tuska wynika głównie z tych samych operowomydlanych marzeń. Sukces w polityce zagranicznej to albo pochwały Zachodu, albo uzyskanie z Unii pieniędzy (czy i na co je wydatkujemy, już nikogo nie interesuje), albo wygranie jakichś rozgrywek personalnych, na przykład zablokowanie Eriki Steinbach lub umieszczenie Radosława Sikorskiego na pozycji sekretarza NATO. Polacy nie mają pojęcia o polityce światowej, nie interesują się nią. Nie czytają prasy polskiej, a co mówić o zagranicznej. Dotyczy to także niektórych największych gwiazd polskiego dziennikarstwa. Media polskie donoszą o świecie co najwyżej wtedy, gdy zdarzy się gdzieś katastrofa, na co dzień wolą koncentrować się na wewnętrznych awanturach. Jeśli chodzi o warszawskie plotki i personalne spory, każdy jest specjalistą. Wystarczy ustawić przed kamerą polityka o niewyparzonym języku, trochę go pobudzić, i już program gotowy. Polacy postrzegają więc politykę zagraniczną w znanych sobie kategoriach rywalizacji sportowej, która ma służyć leczeniu ich zbiorowych kompleksów. Nie ma w tej perspektywie wielkiej różnicy między Robertem Kubicą a Radosławem Sikorskim. Dlatego tak łatwo przychodzi rządowi chwalić się rzekomymi sukcesami, jak pakiet energetyczny lub Partnerstwo Wschodnie. W rzeczywistości nasze relacje z sąsiadami wcale się nie polepszyły, co widać natychmiast, gdy Polska odważy się zająć odmienne od nich stanowisko. Nasza pozycja w Europie i w stosunku do USA zdecydowanie osłabła.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>NZS na miejsce &#8220;Ordynackiej&#8221;</strong></p>
<p style="text-align: justify;">PiS doszedł do władzy z bardzo ambitnym hasłem budowy IV Rzeczypospolitej, a więc głębokiej reformy państwa. Cel był prosty i jasny &#8211; zbudowanie silnego, suwerennego państwa, które wreszcie upora się z komunistyczną przeszłością i korupcyjnymi układami oraz zniweluje rosnące różnice materialne, nie w imię socjalistycznej równości, lecz narodowej, republikańskiej solidarności. Okazał się wtedy, że był to program ponad siły tej partii, ale &#8211; co gorsza &#8211; także ponad siłę i ambicję Polaków. Ostatecznie wybrali oni spokój zamiast politycznych sporów, dążenia do przebudowy państwa i politycznej walki o pozycję Polski w Europie. Niechęć do wysiłku intelektualnego i politycznego wynika również z tego, że ostatnie lata były wyjątkowo pomyślne pod względem gospodarczym. Tuska wyniosła do władzy koniunktura. Rosnące zarobki i silna złoty sprawiały, że społeczeństwo stało się względnie zadowolone i syte. Platforma zagwarantowała bezpieczeństwo rozmaitym grupom i środowiskom, zaniepokojonym radykalnymi działaniami, a często samą tylko retoryką PiS &#8211; od korporacji adwokackich, przez szarą strefę biznesu, po zatrwożoną lustracją elitę. Wprawdzie PO nie do końca realizuje postulaty tych grup, ostrożnie wybierając „trzecią drogę&#8221;, ale faktycznie stała się ich parasolem ochronnym. Świadczyły o tym nominacje Zbigniewa Ćwiąkalskiego i Krzysztofa Bondaryka.</p>
<p style="text-align: justify;">Afery Jacka Karnowskiego i senatora Misiaka pokazały, jak bardzo w PO biznes splata się z polityką. Wprawdzie obaj zostali usunięci z partii, lecz jej systemowy charakter pozostał niezmieniony. Dzisiaj wyraźnie widać, że jej walka z SLD w poprzednich latach, przyłączenie się do idei IV RP, wynikała raczej z chęci pokonania konkurencyjnej, eseldowskiej grupy polityczno-biznesowej, a nie chęci zmiany reguł gry i budowy państwa prawa. Dawni członkowie NZS chcieli zastąpić „Ordynacką&#8221;. Nepotyzm PSL został po bardzo krótkotrwałym oburzeniu społecznie zaakceptowany. A fakt, że ministrem mógł zostać Michał Boni, oraz zaciekła obrona Wałęsy są czytelnym sygnałem dla środowisk zaniepokojonych ujawnianiem przeszłości.</p>
<p style="text-align: justify;">Niesiona poparciem większości mediów i grup interesów Plaforma doskonale zaspokaja potrzeby ludu na rozrywkę polityczną. Obsługuje wiele gustów, ale obietnica zmiany stylu &#8211; z pełnego spięć i nienawiści na pełen rozwagi, spokoju i miłości &#8211; została zrealizowana w równym stopniu co obietnica przyspieszenia wzrostu gospodarczego. Tyle że teraz nienawiść kieruje się w stronę tych, których nienawidzić można i należy: od prezydenta przez „pisowskich&#8221; dziennikarzy i „pisowskie&#8221; instytucje po najsławniejszego magistra historii ostatniego dwudziestolecia Pawła Zyzaka.</p>
<p style="text-align: justify;">Nową cechą dyskursu politycznego jest niemal całkowite wypranie go z treści. Standardem stały się argumenty ad hominem, wyśmiewanie się z nazwisk, happeningi telewizyjne. Przymiotnik pisowski, uchodzący za dyskwalikującą politycznie i obywatelsko obelgę, używany jest mniej więcej w ten sam sposób co przymiotnik rewizjonistyczny lub syjonistyczny w latach 60. oraz burżuazjny i reakcyjny w latach 50. Stosowany jest do każdego niewygodnego poglądu niezgodnego z linią obozu rządzącego i wspierających go mediów. Politycy rządzącej partii, dysponujący pełnią środków władzy, mówią bez żenady o „pisowskich resztkówkach&#8221;, o „pisowskim prezydencie&#8221;, o „pisowskich publicystach&#8221; czy wręcz „pisowskich lizusach&#8221;.</p>
<p style="text-align: justify;">Nie ulega przy tym wątpliwości, że Platforma dokonała prawdziwej rewolucji środków uprawiania polskiej polityki &#8211; na gruncie przygotowanym przez Kazimierza Marcinkiewicza. Profesjonalizacja polskiej polityki polega na większej niż kiedykolwiek skuteczności oddziaływania na nastroje społeczne. Platforma sprawnie zarządza zbiorowymi emocjami i wyobrażeniami, wykorzystując niski stopień wykształcenia polskiego społeczeństwa, którego wcale nie podniosło wyprodukowanie przez prywatne pseudowyższe uczelnie tysięcy ćwierćinteligentów (co uznano za jeden z największych sukcesów III RP).</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Postpolityczność, czyli prywata</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Rządy Platformy stanowią nową jakość w polskiej polityce także pod innym względem. Otóż pierwszy raz się zdarzyło, że ktoś obejmujący urząd premiera otwarcie i niemal całkowicie podporządkował swoje działania osiągnięciu innego stanowiska &#8211; tylko nominalnie wyższego, lecz oznaczającego, przynajmniej dotąd, znacznie mniejszy zakres realnej władzy: prezydentury. Tak chwalona „postpolityczność&#8221; jest przede wszystkim próbą realizacji tego celu bez względu na koszty, jakie z tego powodu mogłaby ponieść Polska. Podobnie stało się w polityce zagranicznej. Minister postanowił zostać sekretarzem generalnym NATO. Od początku szanse miał nikłe. I bynajmniej nie chodziło tylko o jego stosunek do Rosji. Amerykanie nie mogli nie zauważyć nielojalności Radosława Sikorskiego, i to nie tylko w stosunku do swoich dawnych politycznych sojuszników, lecz także do siebie samego sprzed paru lat. Ponadto Niemcy na pewno nie zapomnieli tego, co mówił, gdy był ministrem obrony w rządzie PiS, choć jego dzisiejsze pokłony w ich stronę oraz stronę Rosji są przyjmowane z satysfakcją. Przekonanie, że po ostatnich wypowiedziach o Steinbach (o tym, że przyjechała do Polski z Hitlerem i razem z nim z niej wyjechała), kanclerz Niemiec mogłaby poprzeć kandydaturę Sikorskiego, świadczy o całkowitej nieznajomości nastrojów nad Szprewą i Renem. Jak wiadomo, sam zainteresowany ogłosił, że nigdy nie był kandydatem. Tę misterną grę mogącą co najwyżej zachwycić publiczność „Szkła kontaktowego&#8221; zakończono mocnym akordem &#8211; Donald Tusk wystąpił z bezprzykładnym atakiem na prezydenta jeszcze w czasie trwania szczytu. Nawet gdyby wersja zdarzeń prezentowana przez Platformę była prawdziwa, rozpętanie tej awantury pokazuje, jak bardzo dobro państwa zostało podporządkowane osobistym ambicjom tego polityka.</p>
<p style="text-align: justify;">Wszystkie te gry i zabawy nie byłyby możliwe bez innej zasadniczej zamiany &#8211; bez nowej konfiguracji polskiej sceny politycznej. Przez lata symboliczna bariera dzieliła ją na dwa segmenty: ludzi „Solidarności&#8221; i ludzi PZPR. Tylko nieliczni, jak Barbara Labuda czy Andrzej Celiński, skłonni byli zmienić identyfikację polityczną, mimo że w istocie nie było nigdy zasadniczych różnic między lewicą postsolidarnościową i liberalnymi postkomunistami. Łączyło ich i pokrewieństwo ideowe, i wspólne polityczne interesy. Nie przypadkiem pierwsi na masową skalę zignorowali tę barierę demokraci.pl.</p>
<p style="text-align: justify;">Dzisiaj już ona nie istnieje. Nikogo już nie szokuje widok Onyszkiewicza obok Rosatiego, Lecha Wałęsy i Tadeusza Mazowieckiego stających ramię w ramię z Kwaśniewskim, Danuty Hübner na listach Platformy czy poparcie Tuska dla Cimoszewicza. Platforma przejęła klientelę SLD i dawną klientelę UW, zespalając w jednej wielkiej rodzinie autorytety z jednej i z drugiej strony. Dziś nie ma już obrońców PRL. Nawet eseldowcy o nim jakby zapomnieli. Walka toczy się natomiast o dziedzictwo „Solidarności&#8221;. Sztandarem, pod którym skupili się ci koalicjanci, stał się Lech Wałęsa &#8211; ale nie Wałęsa przywódca antykomunistycznego powstania, lecz Wałęsa kompromisu, Wałęsa &#8211; ofiara IPN, Wałęsa, którego słabości miałyby być usprawiedliwieniem dla niemal każdego TW.</p>
<p style="text-align: justify;">Koniec politycznego postkomunizmu oznacza także ujawnienie sztuczności wszystkich innych identyfikacji politycznych. W rezultacie panuje całkowita dowolność i zmienność. Decydują tylko lojalności grupowe i kalkulacja polityczna. Dawni politycy PiS wspierają Platformę &#8211; i vice versa. Można sobie wyobrazić, że w przyszłości politycy centrolewicy lub niektórzy działacze SLD znajdą się w Platformie, która w Polsce chciałaby uchodzić za liberalną, w Europie za chadecką, a w istocie jest przede wszystkim partią antypisowską, pozwalając nawet dawnym beneficjentom PRL przywdziać postsolidarnościowy kostium. W dodatku przeżywamy smutny zmierzch autorytetu politycznego Kościoła. Nie jest on w stanie zmierzyć się z problemem przeszłości. To nie jest już Kościół kardynała Wyszyńskiego. Nie jest to Kościół, który dał światu Jana Pawła II. Nikt już nie jest interreksem.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Koniec pluralizmu?</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Spychając medialną ofensywą PiS na margines, wasalizując i przekupując PSL oraz przejmując resztki politycznego postkomunizmu, Platforma ma więc szansę zrealizować to, co kiedyś zapowiadało PiS &#8211; budowę partii obejmującej szerokie spektrum wyborców &#8211; tyle że w wariancie centrowo-lewicowym. Ten wielki, coraz bardziej realny sukces Platformy zagraża jednak polskiej demokracji. Dotąd żadna partia w Polsce nie była w stanie zmonopolizować sceny politycznej. SLD z powodu swojej haniebnej przeszłości zawsze musiał powściągać swe zapędy i liczyć się z oporem tych Polaków, którzy byli związani z ruchem „Solidarności&#8221;. PiS zaś nigdy polskiej demokracji i wolności nie zagrażało &#8211; zagrażało tylko establishmentowi III RP. Opór wobec jego działań był zresztą zbyt wielki, aby mogło ono w jakimkolwiek stopniu zagrozić politycznemu lub ideowemu pluralizmowi. Zagrożenie zaś ze strony populizmu w wydaniu plebejskim lub narodowo-radykalnym było tylko płodem histerycznej imaginacji.</p>
<p style="text-align: justify;">Źródłem niebezpieczeństwa nie jest dzisiaj siła Platformy, lecz filozofia i praktyka jej rządów. Po pierwsze Platforma, mająca w swej nazwie „Obywatelska&#8221;, traktuje Polaków nie jak obywateli, lecz jak manipulowalną masę, niwecząc niedawne nadzieje na renesans republikańskiego ducha. Świadczy o tym nieznana w rozwiniętych demokracjach kariera specjalistów od wizerunku oraz PR, czyli propagandy.</p>
<p style="text-align: justify;">Po drugie PO dąży bez zahamowań do zniszczenia największej partii opozycyjnej. A ponieważ tego rodzaju dążenie nigdy jeszcze nie zyskiwało taki wielkiego poklasku i poparcia, możliwość zniesienia de facto politycznego pluralizmu staje się realna.</p>
<p style="text-align: justify;">Po trzecie Platforma podjęła działania zmierzające do likwidacji mediów publicznych jako forum publicznej debaty. Media prywatne, których poziom zdecydowanie się obniżył, w pogoni za widzem kierują się zyskiem oraz interesem politycznym właścicieli, a nie troską o jakość polskiej demokracji. Tylko tym daje się wytłumaczyć niemal stałą obecność w nich ludzi, których w normalnym państwie, o jakim takim poziomie cywilizacyjnym, wstydzono by się pokazywać i odmawiano oglądać.</p>
<p style="text-align: justify;">Po czwarte pod patronatem PO nastąpiła daleko idąca degrengolada debaty publicznej. Można dyskutować z poglądami i opiniami, nie da się dyskutować z obelgami. W dodatku wtedy, gdy już padają argumenty, mają czysto instrumentalny charakter. Oto na przykład ci, którzy jeszcze niedawno występowali przeciw jakiejkolwiek polityce historycznej, twierdząc, że zajmowanie się upamiętnianiem przeszłości nie jest zadaniem państwa, dzisiaj chcieliby uprawiać totalistyczną politykę historyczną, zakazując publikacji i przedsięwzięć niezgodnych z przygotowywanymi uroczystościami państwowymi. Destruktorzy narodowych mitów chcą teraz budować spiżowe pomniki &#8211; często swoje własne.</p>
<p style="text-align: justify;">Po piąte Platforma pozwala sobie na otwarte lekceważenie podstawowych zasad wolnościowego ustroju &#8211; wolności słowa, wolności badań naukowych i autonomii uniwersytetów. Fakt, że premier wypowiada się na temat pracy magisterskiej, że próbuje się przeprowadzić kontrolę na UJ, nasyłając „niezależną&#8221; komisję akredytacyjną pod przewodnictwem senatora Platformy (nie przyszło mu oczywiście do głowy, aby po objęciu mandatu zrezygnować z tego stanowiska) oraz nieuzasadniony atak na IPN są rzeczą bez precedensu w ostatnim dwudziestoleciu.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Dekretowanie metodologii</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Charakterystyczne jest to, że sprzyjające Tuskowi media zagraniczne przemilczały te zdarzenia, gdyż są one w najwyższym stopniu kompromitujące. Nie do pomyślenia jest bowiem, by w jakimkolwiek kraju zachodnim szef rządu wypowiadał się na temat najgorszej nawet pracy magisterskiej, doktorskiej lub habilitacyjnej. Jedynym zadaniem polityków wobec uniwersytetów jest tworzenie ogólnych reguł ich działalności, a nie ingerencja w treść nauczania lub prac naukowych.</p>
<p style="text-align: justify;">Wystąpienie Donalda Tuska, a potem nadgorliwa akcja minister Barbary Kudryckiej, nie były przypadkowe. Doskonale wpisują się w mechanizm opanowywania sfery publicznej, demonizowania i likwidowania przeciwników ideowych. Nietypowa było tylko próba użycia środków bezpośredniej kontroli. Sposób postępowania w sprawie habilitacji Marka Migalskiego pokazuje, że istnieją metody bardziej efektywne, a nasycone ludźmi dawnego reżimu środowiska akademickie gotowe są do ich użycia.</p>
<p style="text-align: justify;">Tym razem piewcy tolerancji, którzy przy innych okazjach deklamowali przypisywane Wolterowi słowa o tym, że trzeba bronić wolności wypowiedzi także tych, z którymi się nie zgadzamy, milczeli jak zaklęci. W ataku na młodego autora, na jego promotora &#8211; jednego z najwybitniejszych polskich historyków &#8211; oraz na kierownictwo IPN nastąpiło klasyczne odwrócenie znaczenia słów, zgodnie z najlepszymi wzorami marksistowskiej dialektyki. Nagonka prowadzona jest pod hasłem obrony Lecha Wałęsy przed nagonką, łamanie zasad pod hasłem obrony zasad, oskarżając IPN o partyjność chce się go upartyjnić, a pod pozorem obrony naukowych standardów dokonuje się zamachu na ich podstawę.</p>
<p style="text-align: justify;">Pierwszy raz od lat 50. metodologia stała się sprawą polityczną, choć wszyscy wiedzą, że chodzi o coś zupełnie innego &#8211; o nieprzyjemne fakty i mało hagiograficzną narrację. Ci, którzy jeszcze nie tak dawno twierdzili, że bardziej niż dokumentom należy wierzyć składanym ustnie po latach oświadczeniom funkcjonariuszy SB lub że trzeba bezwzględnie ufać każdej, nawet spisanej po latach, relacji ofiar pogromu, utrzymują obecnie, że ustne świadectwa dawnych opozycjonistów czy mieszkańców miejscowości, gdzie mieszkał kiedyś Lech Wałęsa, w ogóle nie mogą być traktowane jako źródła. Nie odróżniają oni źródeł anonimowych od anonimizowanych, których użycie jest standardem w naukach społecznych stosujących metody jakościowe. W istocie zaś rządzący i establishment chcieliby zadekretować taką „metodologię&#8221;, dzięki której na końcu zawsze pojawiałaby się książka napisana w duchu profesora Friszkego lub artykuł w stylu niezależnego publicysty Mirosława Czecha.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Nienapisane książki</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Tak kompromitująca polskie „liberalne&#8221; elity sprawa pokazuje raz jeszcze, jak wiele z mentalności komunistycznej przetrwało w III RP. Bardzo często słyszymy, że nie można badać biografii tych, którzy wywalczyli dla nas wolność. Znaczyłoby to jednak, że ta wywalczona przez nich wolność jest jakąś inną wolnością niż ta, która panuje w krajach prawdziwie demokratycznych i wolnych &#8211; i ta, o którą nam kiedyś chodziło. Obama nie wysyła kontroli na Harvard, Merkel nie organizuje konferencji metodologicznych na uniwersytecie w Heidelbergu, Sarkozy nie recenzuje prac magisterskich obronionych na Sorbonie, Bush nie próbował zamknąć ust autorom nawet najbardziej krytycznych wobec niego publikacji. Historia III RP była i jest historią nienapisanych książek, tematów tabu, niedopowiedzeń i sekretów. I nie chodzi tylko o biografie głównych bohaterów czasu przełomu, jak: Wałęsy, Mazowieckiego, Kuronia, Geremka, Michnika, Bujaka, lecz o najważniejsze procesy ostatniego dwudziestolecia od prywatyzacji poprzez budowę partii politycznych, po przekształcenia i trwanie poszczególnych instytucji. Książka Pawła Zyzaka, zestawiając sprzeczne ze sobą wypowiedzi Wałęsy, dotyczące przełomowych chwil jego życia uświadamia nam, jak wiele niewyjaśnionych faktów jest w jego życiu i w całej najnowszej historii Polski.</p>
<p style="text-align: justify;">IV Rzeczpospolita miała być republiką wolności i prawa. Niewątpliwie w ostatnich latach udało się poszerzyć przestrzeń debaty i przestrzeń wolności. Dzisiaj trwa kontrofensywa. Dalsze skonsolidowanie i umocnienie władzy Platformy może naruszyć fundamenty polskiej demokracji. Partia liberałów stała się największym od 1989 roku zagrożeniem dla wolności i suwerenności Polaków. Filozof Joseph de Maistre twierdził, że każdy naród ma taki rząd, na jaki zasługuje. Na pewno należy ograniczyć ważność tego stwierdzenia do narodów wolnych. Inaczej musielibyśmy uznać, że zasługiwaliśmy na rządy Bieruta, Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego. Zapewne Polacy w pełni zasługują na rządy Donalda Tuska. Miejmy jednak nadzieję, że nie zasłużą na jego prezydenturę.</p>
<p style="text-align: justify;">* Teksty Autora ukazują się na tej stronie za jego wiedzą i zgodą. Źródło:  <span style="font-size: x-small;">Rp.pl, 5 kwietnia 2009 r.</span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;">



Subskrybuj:


	<a rel="nofollow" target="_blank" href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2" title="RSS"><img src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/plugins/sociable/images/rss.png" title="RSS" alt="RSS" class="sociable-hovers" /></a>


<br/><br/>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2&amp;p=1497</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>tad9: Jest zarembiście*</title>
		<link>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1861</link>
		<comments>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1861#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 25 Feb 2010 11:52:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>admin</dc:creator>
				<category><![CDATA[Elita PRL-bis]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?p=1861</guid>
		<description><![CDATA[
tad9
Mam do Zaremby pretensje o to, że bierze udział w grze zwanej „postkomunizmem”, podszywając swoje teksty grubą warstewką fałszu. Czy Piotra Zarembę naprawdę nie zastanawia, dlaczego do wniosku, że „Macierewicz miał rację” nigdy nie dochodzi &#8211; powiedzmy – Jacek Żakowski, Tomasz Lis czy Katarzyna Kolenda-Zaleska? Czy są mniej spostrzegawczy i inteligentni niż Zaremba? A jeśli [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="attachment_1860" class="wp-caption alignright" style="width: 310px"><a rel="attachment wp-att-1860" href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?attachment_id=1860"><img class="size-medium wp-image-1860" src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/uploads/2010/01/zaremba444-300x221.png" alt="" width="300" height="221" /></a><p class="wp-caption-text">                          Piotr Zaremba</p></div>
<p><!-- 		@page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm } 		P { margin-bottom: 0.21cm } --></p>
<p><span style="color: #0000ff;"><em>tad9</em></span></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Mam do Zaremby pretensje o to, że bierze udział w grze zwanej „postkomunizmem”, podszywając swoje teksty grubą warstewką fałszu. Czy Piotra Zarembę naprawdę nie zastanawia, dlaczego do wniosku, że „Macierewicz miał rację” nigdy nie dochodzi &#8211; powiedzmy – Jacek Żakowski, Tomasz Lis czy Katarzyna Kolenda-Zaleska? Czy są mniej spostrzegawczy i inteligentni niż Zaremba? A jeśli są co najmniej równie inteligentni i spostrzegawczy, to komu i czemu &#8211; zdaniem Zaremby – właściwie służą? A jeśli służą czemuś paskudnemu, to dlaczego Zaremba udaje, że są „normalnymi dziennikarzami”? Odpowiedź brzmi pewnie: bo gdyby przestał udawać, to w błyskawicznym tempie zjechałby z dziennikarskiego mainstreamu do dziennikarskiego undergroundu, o czym doskonale wie&#8230;</strong></p>
<p style="text-align: justify;">
<p><strong><span id="more-1861"></span></strong></p>
<p>Na święta Bożego Narodzenia prasa uraczyła nas tradycyjnymi esejami Richarda Dawkinsa, wywiadami z rabinami i artykułami o tym, że z Jezusem to w sumie nie wiadomo jak było, ale wśród tych &#8211; spodziewanych – specjałów znalazły się i rzeczy niespodziewane, a między nimi także wyznanie Piotra Zaremby wydrukowane w „Tygodniku Powszechnym”. Otóż, Zaremba wyznaje, że pisząc swoje polityczne teksty, wykorzystuje ledwie około 30 procent posiadanej wiedzy&#8230; Miewają o to do niego pretensje „internauci”, ale niesłusznie, bo inaczej być nie może. Czasem przecież coś niby wiemy, ale nie potrafimy tego dowieść czy udokumentować, a znów przy innej okazji nie można wszystkiego wypaplać, bo zrazi się źródło informacji&#8230; Trzeba więc milczeć i chomikować wiedzę, bo może się ona przydać w przyszłości, gdy „poskładana do kupy” z innymi okruchami „stanie się newsem”. Tego wszystkiego nie rozumieją „internauci” pielęgnujący obraz dziennikarzy jako „zblazowanych facetów, którzy w sejmowych barach i kawiarniach delektują się informacjami i plotkami niedostępnymi dla szarego człowieka”.</p>
<p>Tu oczywiście pojawia się pytanie: a skąd „internauci” wiedzą, że Zaremba dawkuje im swoją wiedzę po 30 procent, skoro nigdy wcześniej tak jasno tego nie wyłożył (bo chyba wyznanie w „TP” jest pierwsze)? Sprawa nie jest jasna, bo może się co prawda zdarzyć, że inni dziennikarze napiszą to, czego on nie pisze, ale nawet jeśli tak jest, to przecież nie dodają przy tym uwag w rodzaju „Zaremba też o tym wie, ale nie powie”. Trudno więc na podstawie cudzych tekstów orzekać o wiedzy Zaremby. Więc może pretensje internautów mają charakter inny niż Zaremba przypuszcza? Ale dajmy spokój „internautom”. Internauci są przecież różni i znajdą się wśród nich pewnie tacy, którzy mają do Zaremby żal nie o to, że pisze za mało, ale wręcz przeciwnie. Pozostańmy więc przy pretensjach jednego „internauty”, to jest – przy moich. Otóż, nie mam do Piotra Zaremby pretensji o to, że ukrywa przed publicznością jakieś skarby. Nie wiem, jakiej wiedzy Piotr Zaremba nie wykorzystuje (bo niby skąd mam wiedzieć?). Zresztą z tego co w „TP” napisał &#8211; na pierwszy rzut oka &#8211; zdaje się wynikać, że na owe 70 procent wiedzy, której dziennikarz użyć nie może, składają się głównie różne anegdoty. Ot, na przykład takie, że Tusk się załamał w czasie kampanii 2005 roku pod wpływem afery z dziadkiem, albo że jeden polityk mówi o drugim: „świnia” (a ten drugi ma podobne zdanie o pierwszym). Jest to polityczny folklor, może i ciekawy, ale – faktycznie – można się bez niego obejść.</p>
<p>Mam jednak do Zaremby pretensje o coś zupełnie innego, a mianowicie o to, że bierze udział w grze zwanej „postkomunizmem” podszywając swoje teksty grubą warstewką fałszu. Chodzi więc nie o „oszczędne gospodarowanie wiedzą”, ale o coś dużo gorszego – o „skazę systemową”. Bo jeśli rzucimy na jego artykuł okiem po raz drugi, sprawa zrobi się poważniejsza. Weźmy coś takiego &#8211; Zaremba pisze: „W latach 90. duża grupa dziennikarzy odmawiała wiary w istnienie drugiej, trzeciej i czwartej utajonej warstwy wydarzeń. Potępiano samo ich dostrzeganie, a dostrzegających wrzucano do worka z napisem &lt;&lt;spiskowa teoria&gt;&gt;”. No proszę więc – zdaniem Zaremby &#8211; owi dziennikarze „odmawiali wiary”? Byłby Zaremba aż tak prostoduszny, by przypisywać podobną naiwność kutym na cztery kopyta dziennikarskim wygom? Naprawdę wierzy, że tamci szczerze „odmawiali wiary”? A może jednak Zaremba uważa, że tamci doskonale wiedzieli o tej „drugiej, trzeciej i czwartej” warstwie polityki i – co więcej – świadomie i na zimno trudnili się produkowaniem medialnej osłony owych warstw? I może stąd właśnie brały się ich ataki na „oszołomów”? A jeśli Zaremba tak właśnie uważa, to dlaczego odstawia komedię z tym „odmawianiem wiary”? Ale znów – w tekście z „TP” to „odmawianie wiary” ma charakter anegdotyczny: oto Jacek Żakowski „odmówił wiary” w to, że różne partie kolaborują z prezydentem Wałęsą mając na widoku własne interesy&#8230; Sięgnijmy jednak po inne teksty Zaremby, a „mała wiara” dziennikarzy nabierze innego wymiaru.</p>
<p>„Oszołom&#8221; Macierewicz miał rację &#8211; oświadczył niedawno Piotr Zaremba (jeszcze w &#8220;Dzienniku&#8221;). A szło Zarembie o &#8220;kulisy śmierci Ireneusza Sekuły&#8221;, które &#8220;pokazały patologiczne powiązania między światem dużych pieniędzy, światem gangsterów i światem odziedziczonych po PRL służb specjalnych&#8221;. I przy tej okazji też pojawił się motyw „odmawiania wiary”, bo Zaremba przypominał, że „gdy ktoś próbował rysować taki obraz w latach 90., był nazywany oszołomem. Na przykład Antoni Macierewicz, który przed takimi sieciami, wówczas plecionymi głównie po lewej stronie (choć nie tylko), przestrzegał. &lt;&lt;Rozsądne&gt;&gt; gazety i partie uznawały to za wyraz manii prześladowczej. Macierewicz jest politykiem trudnym, jego tezy historyczne &#8211; na przykład o totalnej reżyserii końca PRL przez dawnych komunistów &#8211; nie zawsze znajdują potwierdzenie w faktach. Ale to był akurat społeczny konkret. W tej sprawie rację miał on&#8221;. Zaremba kończył: „Takie patologiczne zjawiska jak mafia paliwowa, jak zainteresowanie tym sektorem ze strony Rosjan, jak ośrodek wiedeński łączący dawne służby z gangsterami, jeszcze niedawno ekscytowały przy okazji afery Orlenu. Dziś zostały zapomniane, złożone do lamusa wraz z IV RP. Kto wie, czy za 10 lat nie będziemy o nich czytać jako o czymś naturalnym. Tylko wtedy będzie już trochę za późno&#8221;.</p>
<p>Ok., a więc „Macierewicz miał rację”. Czy Piotr Zaremba zdaje sobie sprawę z konsekwencji tej konstatacji? Oczywiście, że sobie zdaje, jest w końcu człowiekiem inteligentnym i pewnie dlatego w swojej publicystyce owych konsekwencji nie przedstawia. Spróbujmy więc pociągnąć temat bez niego. A więc, skoro &#8220;Macierewicz miał rację&#8221;, to racji nie mieli ci, którzy okrzyknęli go &#8220;oszołomem&#8221;. Wobec tego &#8211; dlaczego nazywali Macierewicza tak brzydko? W grę wchodzą co najmniej dwie możliwości: błąd poznawczy i zła wola. W przypadku błędu poznawczego &#8211; nie wiedzieli, co czynią. Ale jeśli była to zła wola? Jeśli wiedzieli, że &#8220;Macierewicz ma rację&#8221; i mimo to, albo właśnie dlatego robili z niego &#8220;oszołoma&#8221;? Po cóż by to robili? Kto wie? Może po to, by propagandowo osłonić to, co Zaremba opisał jako „patologiczne powiązania między światem dużych pieniędzy, światem gangsterów i światem odziedziczonych po PRL służb specjalnych&#8221;. Czy Piotra Zarembę naprawdę nie zastanawia, dlaczego do wniosku, że „Macierewicz miał rację” nigdy nie dochodzi &#8211; powiedzmy – Jacek Żakowski, Tomasz Lis czy Katarzyna Kolenda-Zaleska? Czy są mniej spostrzegawczy i inteligentni niż Zaremba? A jeśli są co najmniej równie inteligentni i spostrzegawczy, to komu i czemu &#8211; zdaniem Zaremby – właściwie służą? A jeśli służą czemuś paskudnemu, to dlaczego Zaremba udaje, że są „normalnymi dziennikarzami”? Odpowiedź brzmi pewnie: bo gdyby przestał udawać, to w błyskawicznym tempie zjechałby z dziennikarskiego mainstreamu do dziennikarskiego undergroundu, o czym doskonale wie&#8230; I dlatego w podobne tematy się nie zagłębia, choć – od czasu do czasu – potrafi wtrącać uwagi w rodzaju cytowanych wyżej, czy też w rodzaju takiej: „dziennikarze aspirują do roli czwartej władzy, powołując się na swoją rolę kontrolera i recenzenta, ale w wielu przypadkach są po prostu reprezentantami konkretnego środowiska politycznego (lub dodajmy, niejawnej grupy interesów)” („Pozorna siła czwartej władzy”, Europa 1.08.2009).</p>
<p>Oczywiście to robienie wzmianek czy puszczanie oka wystarczy, by na Zarembę (i jemu podobnych) boczyli się nieco najgorliwsi propagandyści postkomunizmu. By nie szukać daleko &#8211; Wojciech Mazowiecki podzielił ostatnio media na te, które „należą do obozu IV RP, czego ich przedstawiciele nie kryją” i resztę. Co do tych pierwszych &#8211; Mazowiecki twierdzi, że „wiadomo o kogo chodzi” i „wiadomo, czego można się tu spodziewać”. A chodzi o „publiczne radio i telewizję”, &#8220;Rzeczpospolitą&#8221;, stary &#8220;Dziennik&#8221;, którego polityczne jądro jest dziś w &#8220;Polsce&#8221;, oraz tygodnik &#8220;Wprost&#8221;. Są to media „o zabarwieniu ideologicznym” sympatyzujące („w sprawach kluczowych”) z „uproszczonym obrazem świata PiS i CBA”. Z drugiej strony mamy „pozostałe ogólnokrajowe media komercyjne” (wypadałoby więc, że – przede wszystkim &#8211; „GW”, Polsat, TVN i „Politykę”?). Te media, aczkolwiek i one „ nie są pozbawione sympatii politycznych”, nie mają – zdaniem Mazowieckiego &#8211; zabarwienia ideologicznego („Jeśli szukam obiektywnej informacji ukazanej także ze strony, z którą się nie sympatyzuje, to raczej tutaj” &#8211; deklaruje Mazowiecki, ale litościwie spuśćmy na tę deklarację zasłonę milczenia). W klasyfikacji Mazowieckiego Piotr Zaremba – niewątpliwie – należy do rzędu dziennikarzy IV RP. No, ale właśnie – Mazowiecki (i inni) wie też „czego można się tu spodziewać”, to znaczy wie, że Zaremba może i nie śpiewa z nim w jednym chórze, ale w stolik nie kopnie. I zamiast podjąć się próby opisu tego, jakich to interesów bronią „duże grupy dziennikarzy” i jakich „niejawnych grup interesu” są głosem będzie plótł o „odmawianiu wiary” czy coś w tym guście. Słowem – krzywdy nie zrobi.</p>
<p>P.S. Wszystkiego najlepszego dla Czytelników w 2010 roku!</p>
<p>* Teksty Autora ukazują się na tej stronie za Jego wiedzą i zgodą; źródło: http://perlyprzedwieprze.salon24.pl/147216,jest-zarembiscie-czyli-dlaczego-nie-jest-dobrze</p>



Subskrybuj:


	<a rel="nofollow" target="_blank" href="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2" title="RSS"><img src="http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/wp-content/plugins/sociable/images/rss.png" title="RSS" alt="RSS" class="sociable-hovers" /></a>


<br/><br/>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.pawelpal.da6.prothost.com/wordpress/?feed=rss2&amp;p=1861</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
