Subscribe to
sie-3-2009

Który z tych trzech najlepszy?

Artykuł napisał: Pawel Paliwoda : Kategoria Polityka

„20 lat temu Mazowiecki został premierem” – wieści na górze pierwszej strony poniedziałkowa „Gazeta Wyborcza”. Na stronie 2. tekst Jarosława Kurskiego „Nasz premier. Dzień pierwszy”. W podtytule znane usprawiedliwienie skrajnej nieudolności rządu Mazowieckiego – „Sowieckie dywizje jeszcze były w Polsce, a mur berliński stał. Kroczyliśmy po cienkim lodzie…”. Gadaj tatka latka. Rozpadający się w oczach Związek Sowiecki, jak huragan nadciągający upadek komunizmu w NRD i innych demoludach, lojalność kierownictwa OKP nie wobec związkowych mas „Solidarności”, ale wobec swoich nowych przyjaciół z tzw. okrągłego stołu – słynne Geremkowe pacta sunt servanda. Mazowiecki niechętny likwidacji cenzury prewencyjnej, wycofania wojsk sowieckich z Polski, odsyłający Jana Rokitę do Kiszczaka, ówczesnego szefa MSW, gdy Rokita zgłosił Mazowieckiemu masowe zjawisko niszczenia akt SB, tzw. komisja Michnika, skrajna lękliwość w podejściu do dekomunizacji  (w czasie, gdy jednym kuksańcem można było rozbić całą postkomunę), niechęć wobec nacjonalizacji gigantycznego majątku po PZPR, obstrukcja przy próbach radykalnej likwidacji ubeckich przywilejów. Niepodjęcie żadnych skutecznych działań, aby zablokować gigantyczne rozkradanie Polski, skrajna nieudolność w prywatyzacji, pomiatanie krytykami rządu Mazowieckiego – do pałowania przez ludzi Kiszczaka protestującej młodzieży włącznie. Pozostawienie w ich trzonie niezmienionych służb specjalnych PRL (zwłaszcza wojskowych), niezdekomunizowanie sądów i szkolnictwa wyższego itd., itp. Oto tylko niektóre “sukcesy” rządu Tadeusza Mazowieckiego. To, co pisze w swoim tekście Jarosław Kurski, to paranoiczny stek bzdur, który nijak ma się do faktów. A te wskazują, że rząd Tadeusza Mazowieckiego był jednym z najbardziej jałowych i szkodliwych epizodów w całej historii Polski. Konrad I Mazowiecki sprowadził nam na głowę Krzyżaków. Tadeusz Mazowiecki – będąc niemal od początku pod wpływem idei Adama Michnika – swoją nieudolnością:  postkomunistyczną mafię, która od początku PRL-bis uniemożliwia przekształcenie Polski w sprawnie funkcjonujące państwo.

Szanowni Państwo! Poniżej przedstawiam fragmenty pracy Rafała A. Ziemkiewicza “Michnikowszczyzna”. O! gdybyż michnikowszczyzna potrafiła odeprzeć argumentacyjnie  choćby 5 proc. przywołanych tu faktów i ocen!  Ale michnikowszczyzna idzie w zaparte. W dyskusji nie ma żadnych szans. Dlatego publikuje groteskowe pierdoły Kurskich, Stasińskich, Pacewiczów i innych książąt PRL-bis.

<<Partia komunistyczna, która nazwała się Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą (trzy
kłamstwa w nazwie: nie była ani partią polską, ani robotniczą, a leżące u jej zarania
„zjednoczenie” PPR z PPS polegało na rozbiciu tej drugiej policyjnym terrorem i
wchłonięciu grupy kolaborantów), formalnie już nie istnieje. Trzy miesiące wcześniej, na
swym ostatnim zjeździe, przekształciła się w Socjaldemokrację Rzeczpospolitej Polskiej.
Pozostawiła po sobie gigantyczny majątek gromadzony przez wiele lat kosztem
społeczeństwa: budynki, ośrodki wypoczynkowe, ruchomości, pieniądze na krajowych i
zagranicznych kontach, wszystko to, co gwarantowało kaście „właścicieli peerelu” życie
zasadniczo lepsze od ich poddanych.
Pewne rzeczy, powtórzę, wydają się jeszcze oczywiste, bo jest dopiero kwiecień 1990
roku, jeszcze nie nastąpiło to, co Gustaw Herling-Grudziński nazwał „wielkim
zamazaniem”, a Zbigniew Herbert „zapaścią semantyczną” – pomieszanie dobra ze złem,
zrównanie w prawach cwaniactwa z bohaterstwem i wielka amnezja. Proces, który do
tego w następnych latach doprowadzi, właśnie się zaczyna. Właśnie teraz.
Jest 28 kwietnia 1990 roku i obraduje akurat ostatni Sejm peerelu. Nie jest to Sejm
wybrany demokratycznie – zgodnie z kontraktem politycznym zawartym przy Okrągłym
Stole pomiędzy komunistyczną generalicją, a grupą działaczy opozycji arbitralnie
wyznaczonych przez Lecha Wałęsę, wyborcy mogli głosować swobodnie tylko na 35
procent mandatów (wszystkie zdobyli kandydaci z listy firmowanej znakiem
„Solidarności.”), a pozostałe z góry przyznane zostały obozowi władzy. Bogiem a
prawdą, jest ten Sejm jeszcze mniej demokratyczny, niżby to wynikało ze wspomnianego
kontraktu, bo przywódcy „strony społecznej” zgodzili się pomiędzy pierwszą a drugą turą
na zmianę ordynacji, po to, by mimo wszystko mogło wejść do Sejmu 33 komunistów ze
skreślonej przez większość wyborców tzw. listy krajowej (lista krajowa liczyła 35
nazwisk, ale skreślając je na krzyż niektórzy, przez niedbalstwo, nie dociągnęli kreski do
nazwisk zamykających obie kolumny druku – dlatego tych dwóch z samego końca
wcisnęło się do parlamentu normalną drogą). Mimo wszystko Sejm ten sprawuje się dość
przyzwoicie. Pezetpeerowcy są na razie oszołomieni tempem, w jakim przodujący ustrój
zawalił się w kraju i wszędzie dokoła, są przestraszeni tym, co może się zdarzyć,
podnoszą więc grzecznie łapki tak, jak widzą, że się tego od nich oczekuje; ich
dotychczasowi akolici z „sojuszniczych” stronnictw formalnie weszli w koalicję z
„Solidarnością”, czy raczej z samym Lechem Wałęsą, który reprezentuje ją w
przejściowym okresie. Obywatelski Klub Parlamentarny mógłby w tej sytuacji
swobodnie przeforsować każdą ustawę, jaka tylko jest potrzebna, aby ostatecznie dobić
czerwoną mafię.
Tylko że OKP wcale nie ma takiego zamiaru. A ściślej – nie cały OKP. Już dwa
miesiące wcześniej wewnątrz dawnej „drużyny Wałęsy” zarysował się ostry podział
zagrażający rozłamem. Część posłów OKP, głównie tych „z terenu”, z tylnych ław
poselskich, uważa, że należy robić to, co zostało Polakom obiecane i co sami Polacy
wybrali, popierając w wyborach masowo „Solidarność” – kończyć z komunizmem.
Część, w tym większość prezydium, przeciwstawia się wszelkim takim pomysłom. Poseł
ziemi bytomskiej Adam Michnik krzyczy wtedy na zwolenników rozliczeń i
dekomunizacji (choć samo słowo jeszcze się nie pojawia), że są „frustratami bez
kwalifikacji”. Tej obelgi będzie potem z zamiłowaniem używał wobec wszystkich swoich
politycznych przeciwników.
Czytelnik, który spraw tych nie pamięta, nie śledził ich na bieżąco, może
podejrzewać mnie o słowną manipulację. Wyjaśnijmy więc od razu: gdy piszę, że Adam
Michnik „krzyczy”, nie jest to żadna retoryka, tylko po prostu prawda. Michnik w owym
czasie krzyczy bardzo często. Używa mocnych słów, podkreśla je uderzeniami pięścią w
mównicę. Równie emocjonalny jest wtedy, gdy pisze. Nie on jeden zresztą.
Współczesnego czytelnika, jeśli zechce zagłębić się w żółknące z wolna gazety z tamtego
okresu, musi uderzyć ton ogólnej histerii, egzaltacja i zaprzęganie najwyższych racji
etycznych do banalnych skądinąd przepychanek o władzę. Ale histeryczność wystąpień
Michnika, ich patos, łatwość w sięganiu po wielkie słowa i po grube bluzgi zwracają
uwagę nawet na tym tle. Sprawujący swą funkcję od kilku miesięcy redaktor naczelny
„Gazety Wyborczej” zachowuje się, jakby poznał jakąś straszną prawdę o mających
nastąpić nieszczęściach i jako jedyny wiedział, jak im zapobiec. Zresztą od czasu do
czasu daje temu przekonaniu wyraz otwarcie. Tuż po „kontraktowych” wyborach, gdy
okazało się, że głosujący wycięli w pień listę krajową, a tego samego dnia komuniści
chińscy zmasakrowali na placu Tienanmen protestujących pokojowo studentów, Michnik
przestrzegał na łamach „Gazety Wyborczej”, że i u nas, jeśli rozbiórka peerelu posunie
się za daleko, może w każdej chwili dojść do podobnej tragedii. W późniejszych tekstach
wielokrotnie przywoływał widmo wojny domowej, wspierając się przykładem byłej
Jugosławii albo rozszalałej rewolucji – z jakobińskim terrorem, z masowymi mordami,
obozami i innymi prześladowaniami.
Czytając te jeremiady dzisiaj, na spokojnie, trudno się nie śmiać. Straszenie ruską
inwazją miało może jeszcze jakiś sens; o tym, że Sowieci ani nie mają na nią ochoty, ani
nawet, choćby chcieli, nie są w stanie interweniować, bo i u nich już wszystko się wali w
drebiezgi i niewiele miesięcy minie, jak imperium czerwonej gwiazdy trafi wreszcie z
dawna oczekiwany szlag – o tym w kwietniu 1990 wciąż jeszcze można było nie
wiedzieć, chociaż kto bystrzejszy powinien się już od paru tygodni domyślać. Ale -
wojna domowa? Jaka, na litość boską, kto niby miałby z kim walczyć, warszawiacy z
poznaniakami, krakowiacy przeciwko góralom? Przecież Jugosławii, państwa skleconego
sztucznie, na siłę łączącego narody o odmiennej historii, językach, religiach oraz
kulturze, i od wieków ze sobą skłócone, Polska nie przypominała w najmniejszym
stopniu. A komunizmu w tej postaci, jaki próbowali wtedy rozliczać „frustraci bez
kwalifikacji”, nie zamierzał bronić nikt, może poza kilkoma szurniętymi staruszkami
pokroju towarzysza Mijala. Przecież powodem, dla którego w ogóle człowiek
„Solidarności” mógł zostać premierem, czyli – dla którego posypał się pierwotny,
napisany przez komunistyczną generalicję scenariusz ustrojowej transformacji, był
właśnie fakt, iż PZPR przerżnął sromotnie także w tak zwanych „okręgach zamkniętych”.
To znaczy tam, gdzie głosowali milicjanci, wojskowi i partyjni dyplomaci. Oni, podpory
reżimu i jego zbrojne ramię, też mieli już peerelu w jego dotychczasowym kształcie
szczerze dosyć!
A owa „spirala nienawiści”, która jakoby mogła się rozkręcić, jeśli tylko dałoby się
do niej hasło wytoczeniem jakiemuś komuniście procesu? Nonsens nie mniejszy. Polskie
społeczeństwo tego czasu w niczym nie przypominało zrewoltowanych mas, których
aplauz wyniósł do rządów jakobinów czy bolszewików. Pozostawało w apatii, w
totalnym zwisie. Uliczne manifestacje radykalniejszej części opozycji, pominiętej przez
Wałęsę przy rozdawaniu zaproszeń do nowej władzy, budziły zainteresowanie
przysłowiowego psa z kulawą nogą. Jeśli cokolwiek było w stanie to społeczeństwo
zainteresować, to skrzykiwane przez komunistyczne neozwiązki strajki „płacowe”,
wyłącznie o podwyżki. A i to tylko dzięki temu, że strajki te nie wymagały żadnego
wysiłku i niczym nie groziły. Twierdzenie, że na wieść o usuwaniu ze stanowisk
pezetpeerowskich wiceministrów czy prezesów banków Polacy mieliby rzucić się
wieszać zdrajców, jak za czasów Kilińskiego, jest tak absurdalne, że nie wiadomo, czy
się śmiać, czy płakać.
Czy Adam Michnik wierzył wtedy w to, co pisał – czy też straszył swych czytelników
cynicznie, na zimno? Czy sam działał powodowany histerią, czy też z premedytacją
budował zręby propagandy, która miała taką histerię wytworzyć w społeczeństwie?
To dobre pytanie. Zostawmy je sobie na później i wróćmy do wspomnianego
wcześniej sporu wewnątrz OKP, o, najkrócej mówiąc, stosunek do czerwonych,
Oczywiście, nie zaczął się on awanturą na posiedzeniu klubu w lutym 1990. Tlił się już
wcześniej. Ale wcześniej ugodowcy dysponowali potężnym argumentem: nie można
wykonywać gwałtownych ruchów, bo wejdą Sowieci i poleje się krew. Działając w
atmosferze tej grozy, premier Mazowiecki, zasłużony opozycyjny intelektualista, ale
polityk kompletnie nieudolny, przez całe swoje premierowanie panicznie wystrzegał się
zmian. Kadrowych czy systemowych, jakichkolwiek – poza zmianami w gospodarce,
zresztą ograniczonymi na razie niemal wyłącznie do polityki monetarnej, nazwanymi
hasłowo „planem Balcerowicza”. Zmiany makroekonomiczne miały, tak, zdaje się,
widział pierwszy niekomunistyczny premier swą misję, zastąpić na razie wszelkie
zmiany polityczne i w perspektywie lat stworzyć dopiero właściwy grunt umożliwiający
powolne kontynuowanie ustrojowej przebudowy, mającej dać Polsce w bliżej
nieokreślonej, ale raczej odległej przyszłości, pewien zakres autonomii. Toteż na
wszystkie naciski ze swego obozu, by ruszyć wreszcie coś tu albo tam, odpowiadał
Mazowiecki, że nie czas na to, że nie wolno działać zbyt pochopnie. Nawet cenzurę, ten
powszechnie znienawidzony i naprawdę przez nikogo już wtedy niebroniony relikt
reżimu, planował jeszcze na początku roku 1990 tylko jakoś zdemokratyzować i
złagodzić, zamiast rozpędzić ją na cztery wiatry. Mianowany przez niego podsekretarz
stanu Jerzy Ciemniewski, który dwa lata później na chwilę wskoczy w światło
reflektorów, demaskując rząd Olszewskiego jako zagrożenie dla demokracji, otwarcie
uzasadnia potrzebę zachowania tej instytucji: „trzeba zabezpieczyć państwo przed
przestępstwami prasy”. Dopiero Sejm udaremni te plany, wykreślając zaplanowane na
cenzurę wydatki z przedłożonego przez rząd projektu budżetu.
Jeśli wierzyć generałowi Kiszczakowi, doszło do takiego absurdu, że to on właśnie,
Kiszczak, musiał wielokrotnie prosić premiera o mianowanie w resortach siłowych
„solidarnościowych” wiceministrów, przed czym Mazowiecki opierał się jak mógł,
przerażony, że tak śmiałe uderzenie we wszechwładzę PZPR mogłoby sprowokować
wojnę domową.
Osobiście nie jestem skłonny do nadawania nadmiernej rangi wspomnieniom takiego,
nazywajmy w tej książce sprawy i ludzi po imieniu, komunistycznego zbrodniarza, jakim
jest Kiszczak. W tej kwestii jednak może mówić prawdę, solidarnościowi figuranci w
ministerstwach „siłowych” byli mu wtedy rzeczywiście na rękę.
Ale jeśli ktoś nie wierzy, to można znaleźć inne przykłady absurdów, do jakich
doprowadził upór Mazowieckiego w realizacji planu stopniowego, rozpisanego na wiele
lat scenariusza „finlandyzowania” Polski – na przekór faktowi, że imperium sowieckie
właśnie wali się w gruzy, co ów scenariusz uczyniło bezsensownym. Oto w marcu 1990
Krajowa Komisja Wykonawcza NSZZ „Solidarność” wystąpiła do premiera z dramatycznym
apelem o przyśpieszenie prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Związek
zawodowy domagał się przyśpieszenia prywatyzacji! Czy związkowcy nagle zakochali
się w kapitalizmie? Nie, po prostu widzieli, obserwowali to z bliska w setkach miejsc w
całej Polsce, jak z państwowego majątku, rozkradanego przez dyrektorów i prezesów z
partyjnej nomenklatury, z dnia na dzień coraz mniej zostaje.
Mazowiecki, który w swym sejmowym expose skreślił słowo „kapitalizm”,
zastępując je diabli wiedzą co znaczącym, ale strawniejszym dla ludzi wychowanych w
kulcie „sprawiedliwości społecznej” określeniem „społeczna gospodarka rynkowa”, oparł
się, oczywiście, także i tym naciskom – hamowana przez niego prywatyzacja miała
przeciągnąć się na następnych piętnaście lat, i w chwili, gdy piszę te słowa, wciąż jeszcze
nie doczekała się zakończenia. Mazowiecki był w ogóle mistrzem świata w hamowaniu.
W 1980 roku, jako ekspert wspomagający swą radą strajkujących w Gdańsku robotników
bezskutecznie perswadował im, żeby wycofali się ze zbyt daleko idących żądań, jak
zwolnienie Więźniów politycznych czy utworzenie wolnych, niezależnych związków
zawodowych. A już zupełnie niedawno, kiedy na początku lipca 1989 Adam Michnik
opublikował na łamach swej gazety artykuł „Wasz prezydent, nasz premier” – ciekawa
rzecz: sumienie Michnika, które niedługo potem tak bardzo się na ten problem wyczuliło,
wtedy jeszcze jakoś nie zwróciło mu uwagi, że nawołuje do złamania ustaleń Okrągłego
Stołu, a przecież pacta sunt servanda! – Mazowiecki na łamach „Tygodnika Solidarność”
odpowiedział mu tekstem pod wszystko mówiącym tytułem „Śpiesz się powoli”,
mnożącym obiekcje, dlaczego na tworzenie solidarnościowego rządu jest jeszcze grubo
za wcześnie.
Mimo wszystko sam wkrótce potem przyjął od Wałęsy misję tworzenia takiego
właśnie rządu. Jeśli rząd ten miał zmienić PRL w wolną, kapitalistyczną Polskę, to
powierzenie kierowania nim właśnie komuś takiemu trudno uznać za cokolwiek innego
niż horrendalne nieporozumienie. Ale jeśli komuś zależało na tym, by tak wszystko
zmienić, żeby w istocie rzeczy zmieniło się jak najmniej – to uczynienie pierwszym
niekomunistycznym premierem poczciwej safanduły stanowiło strzał w dziesiątkę.
Przez całą jesień 1989 płonęły w Polsce ogniska, w których esbecy palili swoje
archiwa. A przy okazji spontanicznie je rozkradali, słusznie zakładając, że papiery na
przyszłych ministrów i prezesów to w niepewnych czasach doskonała polisa. Nikt im nie
przeszkadzał, ale przez pięćdziesiąt lat SB naprodukowała zbyt wiele bumagi, żeby dało
się wszystko zniszczyć metodami chałupniczymi. Dlatego rozzuchwaleni bezkarnością
esbecy zaczęli bez cienia skrępowania wysyłać całe ciężarówki teczek do zmielenia w
papierni. I to nie rokowało szansy na pozbycie się kompromitującej dokumentacji w
krótkim czasie; na dodatek nie mogło pozostać niezauważone. Prostoduszni działacze
„Solidarności” z terenu, zupełnie nieświadomi, w jakich politycznych meandrach zdążyła
już ugrzęznąć „góra”, zaczęli alarmować, dzwonić do regionów, do znajomych
opozycjonistów – przecież niszczenie tych dokumentów było w świetle prawa, tego wciąż
jeszcze obowiązującego prawa peerelu, przestępstwem, i to dość ciężkim. Różnymi
drogami trafiały te sygnały do Mazowieckiego, a ten, w imię praworządności, to znaczy
nieuchybiania podziałowi kompetencji między resortami, odsyłał przychodzących z nimi
do właściwego dla sprawy ministra, czyli generała Kiszczaka. Tego właśnie, na którego
polecenie jego współpracownik, generał Dankowski, zorganizował całą akcję niszczenia
archiwów i ją nadzorował. W późniejszym czasie zostanie to nawet oficjalnie
stwierdzone, a sąd III RP wymierzy mu karę – pogrożenie palcem czy coś równie
dotkliwego. Nie będzie to ani pierwszy, ani najbardziej jaskrawy przykład zdumiewającej
niezdolności – czy raczej niechęci – wolnych i niezawisłych sądów III RP do
satysfakcjonującego zamknięcia jakiejkolwiek afery.
Generał Kiszczak zajęty był w tym czasie dokładnie tym samym, co jego podwładni,
tylko oczywiście na odpowiednio wyższym szczeblu. Parę lat później, przed sejmową
komisją, która miała ustalić, kto odpowiada za stan wojenny (a jakże, była taka – niestety,
mimo usilnych starań, nie zdołała na zadane pytanie znaleźć odpowiedzi), emerytowany
już Kiszczak opowiadał o tym z rozbrajającą szczerością, zupełnie niezrażony faktem, że
opowieścią tą przyznaje się do popełnienia szeregu przestępstw; zresztą słusznie się tym
nie przejmował, bo, faktycznie, nikt nie odważył się tego faktu nawet zauważyć.
Przychodzili do mnie, jako do ministra spraw wewnętrznych różni działacze byłej
opozycji – streszczam jego dłuższą wypowiedź własnymi słowami – ci zahaczeni już w
strukturach władzy, i ci dopiero do nich aspirujący, i pytali, co na nich mam. A ja wtedy
dzwoniłem do archiwum, kazałem sobie przynieść odpowiednią teczkę i przy
zainteresowanym wrzucałem ją do niszczarki.
Kiszczak nie wspominał, co wtedy czuł, ale zgaduję, że musiał dusić się od
tłumionego śmiechu – już kilka lat wcześniej teczki, które teraz demonstracyjnie niszczył,
stwarzając frajerom złudne poczucie bezpieczeństwa, zostały na jego polecenie
przezornie zmikrofilmowane. Czy kopie tych mikrofilmów znalazły się także w
Moskwie, historycy nie są zgodni, ale żaden z nich nie wyklucza, że tak się zdarzyć
mogło.
Tymczasem jednak bezczynność rządu, jak się już powiedziało, i ugodowa postawa
prezydium OKP, budziła z każdym tygodniem coraz większą irytację wśród posłów,
którzy dostali się do Sejmu dzięki zdjęciu z Wałęsą i znaczkowi „Solidarności”. Z owej
irytacji wziął się między innymi projekt, by upaństwowić majątek byłej PZPR.
Merytorycznie – trudno było tej inicjatywnie cokolwiek zarzucić. Majątek Kompartii
został przecież w całości zagrabiony narodowi. W roku 1989, jak wyliczył zajmujący się
sprawą historyk, składki członkowskie wyniosły jedynie 4 proc. bieżących funduszy
partii. Był to oczywiście czas upadku, ale i w lepszych dla partyjnej dyscypliny chwilach
wpływy ze składek nie stanowiły więcej niż kilkanaście procent tego, co PZPR wydawał
na same pensje swojego aparatu. Resztę dawały partii różnego rodzaju haracze i
wymuszenia. Kiedy na przykład PZPR budowała sobie siedzibę w centrum Warszawy, na
jej sfinansowanie rozprowadzono „cegiełki”. Rozprowadzono je w taki sposób, że w
zakładach część pensji „wypłacono” pracownikom – za jedno, partyjnym czy nie – tymi
właśnie „cegiełkami”. Kiedy PZPR chciała zająć jakiś budynek na swe agendy czy
pałacyk na ośrodek wczasowy, to go zajmowała, a jeśli spodobało jej się mieć nowy, to
kazała go zbudować, i nikt się nie przejmował, w papierach jakiego funduszu której z
państwowych instytucji zaksięgowano potem wydatki. Wszystko należało do państwa, a
państwo należało do partii komunistycznej.
PZPR nie miała kłopotu ze zdobywaniem pieniędzy: w samym tylko roku 1989
przyznała ona sobie bezpośrednio z budżetu państwa 13 mld złotych dotacji oraz 18 mld
„kredytu”. Biorę to słowo w cudzysłów, bo ów „kredyt”, przy liczącej sobie wtedy
kilkaset procent miesięcznej stopie inflacji, oprocentowany był na… 3 procent (słownie:
trzy procent). Do tego dochodziły ulgi podatkowe dla RSW „Prasa”*, też będące
bezpośrednim wsparciem dla PZPR, która z owej firmy, mającej praktyczny monopol na
wydawanie i dystrybucję w peerelu gazet i czasopism, zgarnęła o tyle większy zysk.
Podobnie jak PZPR, ciągnęły z państwa pieniądze jej „sojusznicze stronnictwa”, ZSL
i SD. Ten stan rzeczy wkurzył bardzo działaczy zasłużonej w podziemiu Konfederacji
Polski Niepodległej, którzy w październiku 1989 zaczęli nawet akcję okupowania
gmachów PZPR, domagając się przyjęcia przez Sejm ustawy o partiach politycznych i
równych szans. „Solidarnościowy” minister Hall wystąpił wtedy z żarliwą obroną stanu
posiadania „legalnych partii politycznych”, a wciąż nielegalną KPN postraszył
„interwencją służb porządkowych”. Pogróżki nie zostały zrealizowane – protesty KPN i
innych partii radykalnie antykomunistycznych, żądających natychmiast wolnych
wyborów, likwidacji PZPR oraz ukarania winnych jej zbrodni, wypaliły się w końcu
same, nie znajdując większego poparcia społecznego. ZOMO jeszcze od czasu do czasu
pałowało manifestantów domagających się wyprowadzenia z Polski sowieckich wojsk
albo odejścia Jaruzelskiego, ale czyniło to tylko wtedy, gdy maszerowali oni na gmachy
publiczne. Ta powściągliwość irytowała innego członka rządu, Jacka Kuronia. Jak sam
napisał w swoich wspomnieniach (w czasach, gdy normy dobrego smaku i granice debaty
publicznej wyznaczał jego wierny uczeń, nikt poza nim samym napisać by tego nie
śmiał), na posiedzeniach rządu nalegał, aby z młodzieżą okupującą komitety partii czy
siedziby PRON† milicja postępowała stanowczo. „Kiedy naciskałem, że należy ich
stamtąd wyrzucić siłą, to się okazało, że minister Kiszczak jest chory, boli go gardło i nie
może przyjść na posiedzenie rządu, aby to omówić. A generał Dankowski, jego
wiceminister, doradzał cierpliwość” – pisał Kuroń.
Niesamowite meandry historii, przyznacie Państwo. Kiszczak naciskał na
Mazowieckiego, żeby wreszcie mianował solidarnościowych wiceministrów w milicji i
bezpiece, a w tym samym czasie Kuroń naciskał na Kiszczaka, żeby kazał pałować – jak
* Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa Książka Ruch”
† Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego
nazywała ich propaganda stanu wojennego – „rozwydrzonych wyrostków”, których
jeszcze parę lat wcześniej tenże Kuroń wraz z innymi przywódcami opozycji sam
zachęcał do rzucania się na szpalery uzbrojonych po zęby zomowców, po to, aby w ten
sposób zmusić władzę do rozpoczęcia z opozycją pertraktacji. Kiszczak zaś zasłaniał się
bólem gardła, bo, jak można sądzić, podejrzewał, że to gra, że solidarnościowi partnerzy,
w oczy deklarując gotowość współpracy i lojalność, chcą go po prostu wydudkać:
sprowokują jakąś solidniejszą drakę, aby zyskać pretekst do zerwania zawartych
porozumień i, w atmosferze zrozumiałego oburzenia społeczeństwa na kolejne
pałowanie, wysiudają go z resortu, zastępując kimś, kto będzie miał wszystko do
zawdzięczenia nowej sile przewodniej. Czyż nie dlatego Mazowiecki zwleka z
wprowadzeniem ludzi „Solidarności” do resortu, żeby nie było wątpliwości, że za
spałowanie okupującej partyjne siedziby KPN-owskiej i innej młodzieży ponosi
odpowiedzialność nie rząd Mazowieckiego, a wyłącznie Kiszczak? – musiał kombinować
szef MSW i trudno odmówić tym kombinacjom logiki. Doświadczony w partyjnych
intrygach komunista nie wierzył w czystość intencji wczorajszych przeciwników,
spodziewał się po nich takich zagrań, jakie sam by pewnie stosował na ich miejscu.
Można powiedzieć, że zdecydowanie Kuronia nie doceniał. Albo, że go zdecydowanie
przeceniał – zależy, z jakiej strony patrzeć”>>.

Tags:
  1. Marion Skomentował,

    Zdecydowanie najlepszy jest Paweł Paliwoda :) Reszta nieciekawa dla tłuszczy zabawa :)