Subscribe to
sty-4-2010

Jak uczyć Kaspara Hausera?

Artykuł napisał: Pawel Paliwoda : Kategoria Idee

Jeszcze więcej "bezstresowego wychowania"!

Po dłuższej przerwie dzieci i młodzież znowu w szkołach. To skłania mnie do kilku refleksji. Na system edukacji w Polsce silnie oddziałują liberalne fobie, postkomunistyczne koterie i frazeologia postępu. Środowiska uniwersyteckie kształcą kadry nauczycielskie, a te formują umysły młodzieży szkolnej. Tymczasem cała polska oświata to teren niezdekomunizowany. Jeszcze podczas moich studiów na Politechnice Warszawskiej pani wykładowca filozofii zapytała mnie ironicznie: „To pan wierzy w pana Bozię?”. Była to uczennica profesora Henryka Jankowskiego, marksistowskiego etyka, który wyszkolił całe pokolenie etyków lewicy (jego uczennicą jest m.in. Magdalena Środa). Jednak większość wpływowych filozofów w powojennej Polsce było uczniami Tadeusza Krońskiego, który mawiał: „My, sowieckimi kolbami, nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie, bez alienacji”.

W Polsce wciąż nie ma dostatecznie dobrego klimatu dla szkolnictwa niepublicznego, wymykającego się nadzorowi opanowanemu przez postkomunistów ZNP. Do szkół prywatnych i społecznych uczęszcza zaledwie 0,5 proc. uczniów podstawówek, 1,3 proc. gimnazjalistów i 5 proc. licealistów. To wyzwanie dla rządzących. MEN musi stanowczo wspierać szkoły niepubliczne i edukację domową (większość stanów USA zalegalizowała już tę formę nauczania), a nie lansować zrównanie siatki godzin w szkołach publicznych i niepublicznych (nonsens ten chodzi ostatnio po głowach urzędników MEN). Rodzice powinni bon edukacyjny dostawać do ręki, a wraz z nim refundację kosztów nauki w szkołach niepublicznych w wysokości 100 proc. kosztów nauki w placówkach publicznych. I dość łzawej gadaniny o tzw. sprawiedliwości społecznej. Szkodzi ona wszystkim, równając uczniów w dół. Na zasadach równości – jak twierdzi Milton Friedman – można edukować tylko miernoty.

Postępowi edukatorzy na ogół dużo mówią o równości szans – i posyłają swoje dzieci do elitarnych szkół (ich obłudę w realiach USA opisał Thomas Sowell w głośnej książce „Amerykańskie szkolnictwo od wewnątrz”). W szkołach publicznych natomiast prowadzą swoje ideologiczne eksperymenty. Wychowanie bezstresowe, tolerancja dla odmiennych poglądów (nazizm? komunizm? satanizm?), równorzędność najrozmaitszych „preferencji seksualnych”, kreowanie własnych wartości. To ostatnie najważniejsze. Światły młody człowiek powinien poddać radykalnej krytyce wartości przejęte z domu, kościoła czy zbiorowej tradycji świeckiej. Jakie by nie były, nie są jego własne, lecz zapożyczone. A mają być autorskie. Może być po głupiemu, byle po swojemu.

Dosłownie traktowane postulaty te są wewnętrznie sprzeczne i nierealizowalne. Zakładają w istocie – w sposób niejawny – że wszyscy ludzie są podobni do Kaspara Hausera, postaci powieściowej, człowieka wychowanego przez leśne zwierzęta, który nigdy nie miał kontaktu z cywilizacją. Był niezapisaną tablicą, bytem przedkulturowym. Tylko ktoś taki mógłby w sposób całkowicie niezdeterminowany przez wychowanie i kulturowe środowisko wytworzyć rzeczywiście „własne wartości” (do czego zachęcają nasze dzieci postępowcy). Mógłby – i nie mógłby. Problem w tym, że Kaspar nie był zdolny do żadnych działań autokreacyjnych, nie posiadał bowiem kulturowych instrumentów do tego niezbędnych. Aby wytworzyć własne wartości czy dokonać aksjologicznych wyborów, trzeba najpierw dysponować zespołem kryteriów wyboru – poznawczych, etycznych i estetycznych. Bo jak inaczej dokonać wyboru między Sontag a Chestertonem, „Urodzonymi mordercami” a „Niebem nad Berlinem”?

Każdy, kto – w przeciwieństwie do Hausera – potrafi mówić, został mówienia nauczony! Nie można dobrze „nauczyć się” mówić. Dzieci, z którymi rodzice nie rozmawiają, posługują się monosylabami. Te rozwinięte prawidłowo zawdzięczają swoje werbalne umiejętności przede wszystkim rodzicielskiej trosce. Jeżeli rodzice mówią dziecku: „przynieś tacie kapcie”, „pocałuj mamę”, „nie szczyp siostry”, to wraz ze znaczeniami poszczególnych słów przekazują mu także pewien obraz świata i zespół wartości. Albo taka „narzucona” przez rodzinę „ideologia”, albo niemota. Tertium non datur. Czy nowocześni edukatorzy tego nie pojmują?

Gdyby młodym pozwolono robić wszystko, na co mają ochotę, dokonywane przez nich „wybory” miałyby charakter gry w rosyjską ruletkę. Pozbawieni „narzuconych” zaawansowanych kryteriów wyboru, byliby skazani na przypadek. Jednych porywałby sport, drugich jogatantra, jednych taniec towarzyski, innych sekta Moona. Ale piewcy postępu mają to w nosie. Bo tak naprawdę mają w nosie nasze dzieci. A nos i ręce w naszych kieszeniach.

Tags:

Komentowanie zakończone